10.13.2009

50% polskich kobiet ...

A ja twierdzę że co najmniej 50% polskich kobiet tak naprawdę to nie chce być szczęśliwa. Standardowo wygląda to tak: Młoda naiwna dziewczynka zakochuje się w jakimś przystojnym `łośku' który poza dyskotekami i flaszką wódki świata nie widzi. Ten oczywiście ją zalicza i zostawia. A ona beczy jaki to on zły i niedobry. Tak. Ale widziały gały co brały. A raczej nie widziały. Tutaj jest paradoks. Młode dziewczęta (a także dorosłe kobiety o zgrozo!) widząc przystojnego mężczyznę (czyli takiego który zwraca uwagę zdecydowanej większości kobiet) myśli sobie że skoro taki przystojny to i pewnie mądry, wykształcony, szlachetny itd. To się nazywa `efekt halo'. Widzimy w jednej osobie coś co nam się podoba i podświadomie dopisujemy mu inne cechy pozytywne (efekt Galatei) albo też widzimy jedną negatywną i dopisujemy inne negatywne (efekt Golema). Problem polega na tym że wiele pań żyje swoim `wyobrażeniem o partnerze' a nie tym jaki on jest naprawdę. Potem najczęściej w jakimś traumatycznym momencie różowe okulary spadają a kobieta ma pretensje, że mężczyzna nie jest taki jak ona myślała że jest. Trudno. Nic na to nie poradzimy. Panie uwielbiają żyć swoimi wyobrażeniami. Problemem jest efekt jaki te traumatyczne przeżycia niosą. Ano najczęściej jest to `facet to świnia!' `wszyscy faceci są tacy sami!' itd. Itp. I czy chcesz, czy nie chcesz zostajesz zwyzywany od trzody chlewnej. Nie ma znaczenia że nie znasz tej kobietki. Ją skrzywdził ktoś, więc ona skrzywdzi Ciebie. O taak, kobiety są pod tym względem bardzo słabe. Brakuje jeszcze tego aby przeniosła tą `mądrość życiową' na inne aspekty życia. Np. Ktoś ją okradnie, to ona okradnie kogoś itd. Widzicie jakie to zachowanie jest głupie? Moim zdaniem jest. Ale skrzywdzona kobieta uważa, iż ma prawo ukarać mnie za grzechy wspomnianego wyżej `łośka'. Stwarza sobie obraz świata, w którym za całe zło odpowiedzialni są `samce'. Podobnie ma ojciec rydzyk `masoni', narodowcy `murzyni', młodzież wszechpolska `geje', naziści `żydzi' itd. Jest to nie tyle krzywdzące co głupie. Ale trudno. Zranionej kobiety nikt nie przekona że jest inaczej. Ja też kiedyś zostałem skrzywdzony ale na bank nie będę się mścił na innych kobietach tylko dlatego że ta jedna była zła. To kwestia wewnętrznej siły i zasad. Nic więcej.

Dlaczego napisałem że 50% kobiet nie chce być szczęśliwe? Ano dlatego iż kobieta to stworzenie raczej emocjonalne. Mężczyzna jest stworzeniem emocjonalno-refleksyjnym. Jak przypali sobie łapska żelazkiem, to drugi raz tego nie zrobi. Ale kobieta myśli że może jednak się uda dotknąć i nie sparzyć. Nadzieja matką głupich Dlatego po raz wtóry wchodzi w związek z kolejnym łośkiem, ażeby mieć dobitniejszy dowód na to, że facet to świnia. Paranoja. No ale czasami zdarza się tak że kobieta trafi na dobrego, uczciwego, kochającego mężczyznę, który zapewni jej uczucie. I co się wtedy dzieje? Ano najczęściej kobieta odchodzi mówiąc `jesteś dla mnie za dobry'. Zawsze mnie zastanawiało jak tłumaczą się kobiety. Że `nie ma już tego ognia' itd. No jasna giwera, wychodzi na to że każdy kochający facet staje się łóżkowym nudziarzem tylko, jakoś mi się w to wierzyć nie chce. Wychodzi na to że uczciwy = nudny. Jak rozumiem lepiej być z facetem nieprzewidywalnym. Nigdy nie wiadomo czy po powrocie do domu strzeli w morde czy przytuli. Taaak. To jest ciekawe, zaiste. Kobieta niby szuka oparcia, przyjaźni, czułości. A kiedy to wszystko już ma stwierdza nagle, iż `dusi się w związku' i szybko konsumuje związek z kolejnym `łośkiem'. Efekt jaki jest, każdy widzi. Nie mam pojęcia z czego to wynika ale jest to diabelnie zastanawiające! Z mojej autopsji wynika, że istnieją kobiety, które MUSZĄ mieć w życiu pod górkę bo inaczej się zanudzą. Przykład mojej ex. `O Jezu! Ile ja mam pracy! Ja nie mam kiedy odpocząć! O Jezu!' a zaraz potem `Mam cały tydzień wolnego. Co ja będę robić? O Jezu. Jak nudno. Przecież ja się zanudzę. Nawet nie mam z kim wyjść'. Najczęściej są to niewiasty z kompleksami, nie umiejące się niczym zająć. Dochodzi do tego brak jakiegokolwiek hobby i pretensje do innych że Ci nie umilają jej czasu. Cóż, jak taka kobieta jest nudna i nie umie się niczym zająć to w sumie zaczynam rozumieć po co jej `łośki'. Bo w sumie taka duszyczka potępiona błąka się od jednego samca do drugiego szukając `tego czegoś'. A co to jest? Nie wiem. Ona sama nie wie. Ale szuka. Dlatego stały związek z takim egzemplarzem jest bezsensem. Bo nawet jeśli taka niewiasta trafi na Ciebie i będzie jej się wydawało iż jesteś tym jedynym, to bądź pewien że nie będzie tak zawsze. Powie że jesteś za dobry a ona dusi się w związku. Wejdzie w krótką relacje z `łośkiem' ażeby się dowiedzieć (o zgrozo!) czy aby na pewno dobrze zrobiła wybierając Ciebie. A potem sprawdzi drugi raz. Kiedy się wreszcie upewni to będzie jak do rany przyłóż. Ale po miesiącu znowu nadejdą wątpliwości. A wtedy nasza dziewoja sprawdzi trzeci raz czy te dwa pierwsze upewniania się były aby na pewno gruntowne. I tak dalej i tak dalej Nie ma znaczenia czy nasza panna jest po zawodówce, liceum czy po studiach wyższych. Schemat powyższy może objawić się w każdej z wymienionych grup. Na kobiety dominujące też czasu nie traćcie. Najczęściej pod płaszczem `dominacji' kryje się szczenięca niedojrzałość. `Albo będzie tak jak ja chce, albo nie będzie w ogóle!'. Nie ma znaczenia czy będziesz darł z taką koty, czy też posłusznie jej słuchał. Psyche zrypiesz sobie jak 2 x 2 = 4. Kobieta wyzwolona różni się tylko tym od tej niezdecydowanej że teoretycznie wie czego szuka. Ale i tak nigdzie tego nie znajduje. Taka kobieta jest jak róża. Może i piękna, ale przebywanie z nią grozi pokłuciem. Czy warto dawać się ranić aby być z piękną z wyglądu? Nie sądzę. Ona oczywiście twierdzi że jest tego warta. Ale rozbuchane ego to już inna historia.

Tak czy inaczej ponad 50% pań po prostu nie wie czego chce albo żąda niemożliwego. Ostatnio przeczytałem coś takiego: Pani się pyta na forum czy są tacy faceci (tutaj wymienia same superlatywy). Ktoś jej odpisuje `są ale brzydcy'. Na co pani coś w stylu `aha, czyli nie ma '. I już wiadomo dlaczego kobiety nie widzą dobrych facetów. Bo taka kobieta pytając o dobrego ma podświadomie na myśli dobrego i przystojnego. Czyli królewicz bajki jak malowany. Na koniec jeszcze taka mała ciekawostka. Niestety przerabiałem to osobiście. Pod koniec mojego związku dawałem z siebie 150% normy aby ten związek utrzymać. Moja dziewczyna dawała okrągłe 0%. W końcu zrezygnowałem bo godziło to w moją godność. Jaka była pointa tej bajki? Ano taka że ex stwierdziła że `facet to świnia i się nie stara tak jak starać się powinien!'. Wniosek prosty panowie. Dawajcie z siebie 200% normy i nie liczcie na nic w zamian (sarkazm oczywiście). Dlaczego panie tylko wymagają a nic nie dają w zamian? Ano najczęściej jest to spowodowane tym że dały `łośkowi' i nie chcą drugi raz powtórzyć błędu. Problem polega na tym że nasze dziewoje chcą być w związku i nie być w nim jednocześnie (mam nadzieję że nadążacie). A jak wiadomo nie można `mieć jabłka i zjeść jabłko'. Panie oczywiście mają na to swoją teoryjkę. `Facet był za słaby aby sprostać moim oczekiwaniom'. Szanowne niewiasty. Ja mogę dać i 150% normy, ale warunek jest jeden, WZAJEMNOŚĆ. Jak mężczyzna zauważy że jego wysiłki idą w próżnię to po prostu zrezygnuje. Żadna `róża' nie jest warta permanentnego pokłucia. Wiem że wy uważacie się za ewenementy (jestem mądra, piękna, wykształcona, mam mieszkanie, dobrze zarabiam itd.) ale to naprawdę nie o to chodzi. Jeśli nie macie ludzkiego charakteru to sprawa się rypnie i tyle. No ale i tak nam zarzucacie że nie chcemy `reanimować trupa'. Oj nie chcemy. Faceci rzadko popadają w chore ambicje.

Jeśli czytelniku mój drogi dotrwałeś do tego momentu to szczerze Ci gratuluję! Wytrwałość cenna rzecz. Powyższy tekst nie ma na celu nikogo obrażać a jedynie wzbudzić jakieś refleksje. Szczególnie jeśli czujesz się jakoś związana z tym co napisałem. Jestem przekonany że do co najmniej 50% pań ten opis pasuje jak ulał. I żeby była jasność to jeszcze małe wytłumaczenie. Drogie niewiasty. Ja wiem że wy jedno myślicie, drugie chcecie, trzecie robicie, a czwarte mówicie ale ja jestem mężczyzną. Więc skoro piszę że `co najmniej 50% pań' jest takich, to znaczy tylko i wyłącznie to, że mam na myśli ok. 50% i nic więcej. Znam wasze zamiłowanie do nadinterpretacji i wiem że jeśli nie podkreślę tego fragmentu to zostanę zbluzgany za wyzywanie 100% kobiet.

by FelixKalita - onet.pl


8.22.2009

Artur Bezdomny Obywatel Europy


BvjhA.jpg (Obrazek JPEG, 1211x2030 pikseli)


Po pięciu latach spędzonych na emigracji (UK) postanowiłem wrócić do kraju na stałe. i Odwiedzałem Polskę systematycznie i wprawdzie widziałem, że niewiele się zmienia na lepsze, ale stwierdziłem, że jeżeli dałem sobie radę w Anglii (kraju było nie było obcym mi wcześniej), to w Polsce też sobie poradzę. Wyjeżdża-| jąc z Polski, miałem zamiar kiedyś wrócić, co też zacząłem wprowadzać w życie. Od pierwszego dnia przyjazdu za-; cząłem szukać pracy, a ilość ogłoszeń ! napawała optymizmem. Praca jest; od i zajęć  najprostszych,  jak   ochrona, I sprzątanie itp., aż po mnóstwo ofert i banków dla managerów klientów indy-| widualnych lub biznesowych. Moje j kwalifikacje prawie pasowały do wyma-| gań, więc na jedno z ogłoszeń odpo-i wiedziałem, po czym natychmiast za-\ proponowano mi pracę za godziwe | - jak na nasze warunki - pieniądze to :: jest ok. 2 tys. funtów netto. Pomyślałem, że pomyliłem się co do zakresu zmian, które zaszły na lepsze w naszym kraju.
Kiedy już byłem gotów do podjęcia pracy, trzeba było jeszcze skopiować i kilka druków, wypełnić ankiety i już, już i miałem zacząć pracować, kiedy padło | brzemienne w skutkach pytanie: czy [ ma pan dokument tożsamości z adresem   zameldowania?   Wyjeżdżając z Polski, wymeldowałem się z wynajmowanego mieszkania, nieświadomie i stając się bezdomnym. Dla angielskich i władz nie był to problem, gdyż wystar-i czało ustne oświadczenie, później po-■: parte umową najmu domu czy pokoju, : aby otrzymać wszystkie potrzebne do-i kumenty (Home Office, konto w banku ; NIN) niezbędne do normalnego i legal-; nego funkcjonowania w ich kraju. W najgorszym wypadku wszystko trwało dwa dni. Pracę w Anglii mogłem podjąć natychmiast, a formalności z nią i związane załatwiane były w trakcie. ; Wróćmy do Polski. Jedynym dokumentem tożsamości, który posiadam, jest : paszport RP bo podczas jednej z przeprowadzek w Anglii zaginął mój do-1 wód, w którym był i tak nieaktualny ad-| res zameldowania. W nowej, jeszcze | nie rozpoczętej pracy, powiedziano mi, że takie są przepisy i muszę mieć dokument z adresem zameldowania.
Udałem się więc do właściwego mi urzędu miejskiego z zapytaniem, co mam w tej sprawie zrobić? Muszę przyznać, że spotkałem się ze zrozumieniem i miłą obsługą pracowników UM w Sosnowcu, jednak na przepisy, które regulują takie kwestie, nie byli nic w stanie poradzić. Odpowiedź brzmiała: musi się pan gdzieś zameldować. Na moje stwierdzenie, że owszem, mieszkam w Polsce, w mieszkaniu teściów, jednak nie jestem pewien, czy zechcą mnie oni zameldować, powiedziano mi, że mogę dostać nowy dowód, ale bez miejsca zameldowania, czyli koło się zamyka. Okazuje się, że w naszym przyjaznym państwie przepisy mówią, że człowiek bezdomny, jakim w świetle przepisów jestem, choćby chciał, to pracy podjąć nie może.
Jeżeli kogoś spotkała podobna historia, to chciałbym przekazać, co należy zrobić.1.  Podjąć pracę na czarno - jeżeli państwo nie chce, żebyś płacił mu podatki, to nie wciskaj ich na siłę.
2. Z pracy na czarno odłożyć jakieś 1500 zł... i pierwszym samolotem albo autobusem WYPIEPRZAĆ z tego BURDELU.
W Anglii założyłem firmę... w 15 minut, przez telefon, i mogłem już działać. Reszta formalności - pocztą lub przez internet. W Polsce trzeba 15 minut czekać, aż cię połączą z właściwym działem w urzędzie skarbowym, potem trzy miesiące formalności, łażenia po urzędach i już możesz zacząć płacić podatki - normalnie bajka.
Na koniec: jadę do Francji zbierać winogrona, a potem może jeszcze gdzieś indziej. Norwegia, może znowu Anglia, gdzie politycy może też są idiotami (w końcu nie jest to chyba przypadłość tylko naszych parlamentarzystów), ale przynajmniej nie starają się nikogo zarazić chorobami psychiczny-mi (patrz: zakaz in vitro, religia na świa- j dectwach,  wartości  chrześcijańskie ! w telewizji, protesty przeciwko koncertowi Madonny itp.). Ja też mógłbym j protestować przeciw temu, co robi Ra- ] dio Maryja. Jak Kościół katolicki ogłu- [ pia ludzi i okrada państwo (normalny obywatel, jeżeli sprzeda nieruchomość ; nabytą przed upływem pięciu lat jej i użytkowania, musi zapłacić podatek dochodowy, gdyż traktowany jest jak handlatż nieruchomości. Kościół mógł nabyć za bezcen ziemię od państwa i sprzedać ją na drugi dzień 100 % drożej, nie płacąc ani grosza podatku), ale j mam do tego zdrowe podejście. Nie słucham Rydzyka i nie chodzę do kościoła, który z wiarą nie ma nic wspólnego...
Wybieram winogrona. Będę praco- j wał legalnie, bez zameldowania, a za j moje podatki Nicola Sarkozy będzie się „bujał" z Carla Bruni po Sekwanie. Ży- I czę mu pomyślnych wiatrów. Za to, że mi w niczym nie przeszkadza i nie interesuje go, gdzie mieszkam. Mówię kilkoma językami i nigdzie nie przyznam j się do tego, że jestem Polakiem. Wolę powiedzieć, że jestem z Czech. Przynajmniej uniknę pytań o prezydenta, j który robi wszystko, by zrujnować kraj, odseparować go od cywilizowanego świata, wyłącznie po to, żeby jego brat odzyskał władzę (...).
Artur Bezdomny Obywatel Europy j (e-mail do wiadomości redakcji) j
Na listy Czytelników czekam pod adresem: henryk.martenka@angora.com.pl


8.13.2009

Morderca jest kim innym niż to opisują media

Morderca jest kim innym niż to opisują media
Janusz Osadziński
2009-07-16, ostatnia aktualizacja 2009-07-16 15:57
Jestem lekarzem, chirurgiem, pracuję w oddziale ratunkowym jednego z największych warszawskich szpitali klinicznych. Stołeczne szpitale rotacyjnie dyżurują w zakresie ostrych dyżurów urazowych. W jeden dzień tygodnia przez 24 godziny trafiają do nas ofiary wypadków komunikacyjnych z całego obszaru Warszawy i najbliższych okolic podwarszawskich, a nawet z dalszych odległości, jeśli pacjent jest w bardzo ciężkim stanie i wymaga specjalistycznego kompleksowego zaopatrzenia. Na tej podstawie czuję się upoważniony do wyrażenia własnych wniosków co do sytuacji na drogach.
RAPORTY

* Polskie drogi - listy czytelników

SERWISY

* Polskie drogi

Po pierwsze: media, policja i politycy kształtują całkowicie nieprawdziwy obraz tego co się na polskich drogach dzieje. Gwoli ścisłości: wszyscy są zgodni i ja też, bo wiem to z codziennej praktyki, że na polskich drogach trwa nieustający horror. Tysiące ludzi ginie zabitych przez drogowych morderców. To się zgadza.

Natomiast protestuję przeciwko powtarzaniu i powielaniu mitów co do przyczyn tego stanu.

Co wynika z programów informacyjnych wszystkich kanałów telewizyjnych, szczególnie w długie weekendy, w dniu 1 listopada lub w wakacje?

Wszystkie media, policja i politycy kreują następujący obraz największego zagrożenia na polskich drogach:

Wg nich jest to młodzieniec lat 20-25, który będąc pod wpływem alkoholu lub amfetaminy, a najlepiej jedno i drugie, pędzi przez środek miasta 200 km na godzinę stuningowaną beemką z ciemnymi szybami, nie zatrzymuje się do kontroli policyjnej i po staranowaniu kilkunastu samochodów zatrzymuje się na latarni.

W lecie pierwszeństwo obejmuje motocyklista, szybkość wzrasta do 250 km/h, a nawet niektóre serwisy bez żenady mówią o 300 km/h.

Diagnoza, utrwalona od wielu lat i powtarzana jako oczywisty, niepodważalny dogmat jest jedna: największą przyczyną wypadków w Polsce są: szybkość, brawura, alkohol. Czasem, z rzadka, gwoli już największego obiektywizmu, ktoś jeszcze wspomni o dziurawych drogach i kiepskim stanie technicznym pojazdów.

Adekwatnie do tak zidentyfikowanych zagrożeń podejmuje się akcje: w długi weekend tysiące policjantów czai się w krzakach z suszarkami i alkomatami, słupów na fotoradary (w większości pustych) oraz znaków ograniczenia prędkości jest już więcej niż reklam hurtowni.

I wszyscy niezmiennie demonstrują zdziwienie, szok, oburzenie: "znów na drogach w weekend zginęło 80 osób".

To dlaczego zginęło? Na drogi wyległo tysiące policjantów, wszystkie stacje telewizyjne na okrągło pokazywały ich w akcji, kiedy ofiarnie wyskakują z lizakiem tuż przed pędzący samochód, a potem skruszony kierowca dmucha w balonik. Czemu mimo to ci wszyscy ludzie zginęli, a wielokrotnie więcej trafiło w ciężkim stanie do szpitala?

Z moich dwudziestoletnich obserwacji, popartych zresztą prowadzonymi przeze mnie statystykami, wynika prosta odpowiedź: oni zginęli nie tam gdzie stali policjanci, i zginęli nie z takich przyczyn, o jakich wszyscy opowiadają . I nie chodzi tu o tak banalny fakt, że policjanci stali na siedemdziesiątym kilometrze "gierkówki" a ktoś zginął na siedemdziesiątym piątym.

Chodzi o to, że w Polsce zdecydowana większość ludzi na drodze ginie w zupełnie innych okolicznościach niż wynika to z obrazu kreowanego przez media, policję i polityków.

Z moich statystyk wynika: małolat w czarnej beemce z ciemnymi szybami pod wpływem amfetaminy lub alkoholu trafia do szpitala (lub trafiają jego ofiary) raz na dwa miesiące. Motocyklista, który kogoś zabił, trafia się raz na pół roku. Natomiast, motocyklista, którego ktoś zabił lub próbował zabić, trafia do nas dwa razy w tygodniu.

A wiecie Państwo kto jest, też w moich statystykach, absolutnym numerem jeden jeśli chodzi o liczbę ofiar? Jest to pani lat 30-40, trzeźwa, w dobrym, służbowym samochodzie, przejeżdżająca pieszego na pasach. To się zdarza CODZIENNIE, i to kilka - kilkanaście razy dziennie.

W 24-godzinny ostry dyżur urazowy, w zwykły dzień tygodnia, z terenu Warszawy trafia do oddziału ratunkowego co najmniej 15 osób (cięższe przypadki, w tym niektóre skrajnie ciężkie) oraz 30 na ortopedię (lżejsze przypadki - złamania kończyn bez urazu głowy i narządów wewnętrznych) - osób przejechanych podczas próby przekroczenia jezdni na przejściu dla pieszych. I jeszcze jedna do kilku osób, które trafiają już nie do nas, ale bezpośrednio do Zakładu Medycyny Sądowej, na sekcję zwłok.

Proponuję Państwu redaktorom "Gazety Wyborczej", zwykle bardzo rzetelnie przygotowującej materiały do publikacji: sprawdźcie ogólnopolskie statystyki we własnym zakresie. Ale krytycznie, nie na zasadzie, że patrol policji wpisał w rubryce przyczyna wypadku: szybkość, brawura itp. Po każdych wyborach publikujecie bardzo dokładne statystyki kto gdzie na kogo głosował, w podziale na kategorie wiekowe, materialne, miejsce zamieszkania, wykształcenie itd. Opublikujcie, proszę, podobne statystyki w odniesieniu do wypadków komunikacyjnych.

Jeśli najwięcej ludzi zabija 20-letni młodzieniec, to zakażmy wydawania mu prawa jazdy przed 25. rokiem życia. Ale jeśli okaże się, że najwięcej ludzi zostaje zabitych przez kierowców w wieku 30-60 lat, trzeźwych, którzy nigdy w życiu nie przekroczyli 120 km/h, prawo jazdy mają od co najmniej kilku lat (a tak właśnie jest !) - to mamy problem.

Bo żadna akcja policyjna ani kampania medialna, w dotychczasowej formie, nie powstrzyma tej najgroźniejszej grupy morderców drogowych. WPROST PRZECIWNIE: wszystkie te akcje tylko ich uspokajają: "Nie jestem młodym kierowcą, mam zwykły samochód 1,3 litra, 70 koni, nie grzeję "gierkówką" 180 km/h, nie piłem, więc jadę zadowolony z siebie, prowadzę pewnie, bezpiecznie. Trzask! Lecące w powietrzu ciało uderzonego pieszego. Wtargnęła na jezdnię! Wszyscy widzieli, wtargnęła prosto pod koła, nie miałem szans!"

Myślicie Państwo, że ktoś, kto kogoś przed chwilą zabił, ma chwilę refleksji nad sobą? A może wręcz myślicie, że ktoś taki nie wygrzebie się z wyrzutów sumienia do końca życia? Zapewniam, nic z tego. Policja przywozi sprawców śmiertelnych wypadków do szpitala na pobranie krwi, więc z nimi muszę rozmawiać, choć napełniają mnie wstrętem. Zero refleksji! Zero wyrzutów sumienia! "To ta staruszka wtargnęła na pasy! Jakie czerwone, jeszcze było żółte!". Pani przywieziona przez policję zrobiła w oddziale ratunkowym awanturę mężczyźnie, którego pół godziny wcześniej przejechała wraz z prowadzoną przez niego za rączkę pięcioletnią córeczką na przejściu dla pieszych, a to oni mieli zielone światło: "Gdzie lazłeś baranie! Ja miałam zieloną strzałkę, a więc pierwszeństwo!"

Głównymi przyczynami wypadków w Polsce nie są szybkość, brawura, alkohol, dziurawe drogi, kiepskie samochody. Głównymi przyczynami są: bezmyślność, skrajna głupota, kretynizm, debilstwo, idiotyzm i durnota kierujących samochodami osobowymi.

Las fotoradarów, ani suszarki w krzaczorach tego nie poprawią. Jedyne, co może wpłynąć na zmniejszenie liczby ofiar na drogach, to zdeterminowana, konsekwentna, organiczna, prawdziwa edukacja od najmłodszych lat. I tu akcja "Gazety" spełnia rolę nie do przecenienia. Jestem wam wdzięczny, że w pierwszym artykule opisaliście nie dresiarza w beemce czy motocyklistę na tylnym kole, ale panią w mercedesie, która zabiła pieszą na przejściu.


7.12.2009

RADIO MARYJA - 18 lat obłudy, zakłamania, manipulacji i nietolerancji. - Dziennikarstwo obywatelskie

1986-1991 r. Ojciec Tadeusz Rydzyk przebywa w Niemczech, gdzie w miejscowości Balderschwang poznaje tamtejsze "Radio Maria International".
Radio to angażowało się w politykę, co doprowadziło do reakcji koscioła i zamknięcia tamtejszej rozgłosni. Ojciec Rydzyk prowadził także interesy-sprowadzał do Polski niemieckie samochody zwolnione z opłat celnych. Umożliwiały mu to zaświadczenia o darowiznach wystawiane przez klasztor w którym mieszkał.

1991 r. Powstaje Radio Maryja. W akcie założycielskim zapisano odrębność podatkową radia. Pomimo tego radio do dziś unika płacenia podatków. Urząd Skarbowy nigdy nie odważył się przeprowadzić kontroli finansów radia. Rozgłośnia uzyskuje status nadawcy społecznego.
W zamian za rezygnacje z emisji reklam, opłata koncesyjna zostaje zredukowana o 80% (dla stacji ogólnokrajowej wynosi ona w granicach 7 mln 640 tys. złotych rocznie). Wiekszość słuchaczy (70%) to osoby powyżej 60 roku życia.

1994 r. Radio Maryja uzyskało aż 117 lokalnych koncesji. Pokrywa zasięgiem już 80% kraju.

1995 r. Komisja Episkopatu ds. środków społecznego przekazu stwierdziła : "Radio Maryja, stało się narzędziem rozpowszechniania nieprawdy".

1996 r. Urząd Celny poinformował prokurature rejonową w Toruniu o sprowadzeniu przez Radio Maryja z Niemiec bez cła i podatku dwóch mercedesów jako "przedmiotów kultu", a wiec towarów zwolnionych z opłat na mocy ustawy o stosunku państwa i Kościoła. "Akty darowizny okazały się fałszywe" - napisali prokuratorom celnicy.

W Bydgoszczy toczyły się dwa śledztwa dotyczące nielegalnego wywozu pieniędzy za granice bez zezwolenia dewizowego. Zarzuty niepłacenia przez Radio Maryja opłat celnych i posługiwanie się fałszywymi aktami darowizny, zostały umorzone w 2002 r. W uzasadnieniu prokuratura napisała, że robi to: `wobec braku ustawowych znamion czynu zabronionego" i `wobec przedawnienia ścigania".

1996 r. Na antenie Radia Maryja Ojciec Rydzyk mówi iż posłom, którzy głosowali nad zliberalizowaniem ustawy antyaborcyjnej: "Powinno się ogolić głowy, jak golono kobietom współżyjącym z hitlerowcami w czasie wojny".

Toruńska prokuratura stawia Rydzykowi zarzut "łżenia z naczelnych organów państwa". Rydzyk dostał sześć wezwań, wszystkie zlekceważył.
Nie wpuscil policjantów do radia i do klasztoru. Pod budynkiem prokuratury stanęli słuchacze radia - panie w moherowych beretach, aktywiści z toruńskiej LPR i młodziency wszechpolscy. Domagali się powieszenia prokuratorki. Kobieta dostawała listy z pogróżkami wysyłane na adres domowy. W 1998 prokuratura umorzyła śledztwo z uwagi na "znikome niebezpieczenstwo spoleczne".

1997 r. Radio Maryja staje się siłą polityczną wprowadzając do Sejmu około 30 posłów, z listy AWS. Promowano ich wyczytując nazwiska
na antenie, zachęcając słuchaczy do oddania głosu.

1997 r. Ojciec Rydzyk rozpoczyna zbiórkę pieniędzy na ratowanie Stoczni Gdanskiej, namawiając słuchaczy do wpłat pieniędzy na subkonto
radia, oraz przesyłanie świadectw udziałowych NFI. Do rozgłośni płynie rzeka pieniędzy z kraju i zagranicy.
W sumie Radio Maryja otrzymało kilkadziesiąt milionów dolarów oraz milion świadectw udziałowych o wartości ponad 100 milionów złotych.
Szacuje się, że majątek radia powiększył się o około 160 milionów złotych.
Zbiórkę prowadzono bez zezwolenia, nigdy nie została rozliczona. (działo się to pod rządami AWS)
Gdy stoczniowcy zwracają się do rozgłosni po zebrane pieniądze, słyszą od Ojca Rydzyka: "Nie dam wam pieniedzy na przeżarcie".

Pieniądze zebrane na "Ratowanie Stoczni Gdanskiej" umożliwiają rozkwit toruńskiego imperium Ojca Rydzyka.
Do 1997 roku Ojciec Rydzyk miał w Toruniu tylko studia i nadajnik radia. Wszystko zajmowało jedną parcele na przedmieściu. W następnych
latach powstają : Fundacja "Lux Veritatis", gazeta "Nasz dziennik", Wyższa Szkoła Kultury Społewcznej i Medialnej, telewizja "Trwam".

1998 r. Radio Maryja zaczyna wydawać "Nasz Dziennik", który osiąga nakład 150 tys. egzemplarzy.

1998 r. Ojciec Rydzyk kupuje w Bydgoszczy "Ilustrowany Kurier Polski".

1998 r. Ojciec Rydzyk zarejestrował fundację "Lux Veritatis".
Fundacja zajmowała się początkowo produkcją kaset video z filmami, a następnie zaczęla inwestować pieniądze w sprzęt elektroniczny i studia telewizyjne.

1999 r. Współpracownicy Ojca Rydzyka inwestują na giełdzie ponad 7 mln złotych w upadającą spółke "Espebepe". Do spółki należały atrakcyjne grunty warte ponad 50 mln złotych, które chcieli przejąc Redemptoryści.
Pracownicy biura maklerskiego wspominają, iż redempotryści przynosili w torbach turystycznych kilogramy świadect udziałowych
(zebranych na "Ratowanie Stoczni Gdanskiej"). Operacja kończy się niepowodzeniem. Spółka upada, redemptoryści tracą akcje
warte wiele milionów złotych (były to pieniądze na "Ratownie Stoczni")

1999 r. Zaczęły powstawać studia Telewizji "Trwam" (jedne z największych w Polsce) i budynki kompleksu akademickiego Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej - o powierzchni 15 tys. metrów kw. Koszt budowy akademików szacowany jest na 40 mln złotych.

2000 r. W tajemniczym wypadku samochodowym ginie Bolesław Hutyra, jedyna osoba z zewnątrz, która znała finanse Ojca Rydzyka.
Na prostej drodze, w pogodny wrześniowy dzień, samochód wbija się w potężną frezarkę zbierającą asfalt. Brak śladów poślizgu i hamowania.Przez trzy dni ofiary wypadku nie zostały zidentyfikowane, ponieważ policja nie znalazła przy nich żadnych dokumentów.
Syn Tomasz Hutyra powiedział: "Ojciec wspólnie z dwoma osobami jechał na spotkanie z ministrem skarbu. Wszyscy zgineli. Spotkanie miało dotyczyć sytuacji Stoczni Gdanskiej. Szczegóły wypadku były bardzo dziwne, a przez śmierć ojca stracona została Stocznia Gdańska i szansa na wyjaśnienie tajemnicy zbiórki pieniędzy".

2001 r. Do Rady Miejskiej Torunia został złożony wniosek o przekazanie bez przetargu za 1% wartości 54 ha gruntów po JARZE (Jednostce Armii Radzieckiej) fundacji Ojca Rydzyka, na potrzeby Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej. Autorzy pisma zapowiadają zainwestowanie 600-800 mln złotych.

2001 r. Ojciec Rydzyk tworzy Ligę Polskich Rodzin, która w wyborach zdobywa 8% poparcia wprowadzając do sejmu 38 posłów.

2001 r.Wrzesien. Rozpoczyna działalność Wyższa Szkoła kultury Społecznej i Medialnej. Szkoła ma za zadanie kształcić przyszłych dziennkarzy posłusznych Rydzykowi.

2003 r. 13 Maja. Rozpoczyna nadawianie telewizja "Trwam". Stacja posiada studia telewizyjne w Toruniu i w Warszawie. Toruńskie studio Telewizji "Trwam" jest drugim co do wielkości w kraju (ponad 800 m.kw.). Wartość inwestycji wg. toruńskich architektów to 43 mln złotych.
Telewizja "Trwam" nie jest nadawcą społecznym i może zarobić kilkanaście milionów złotych rocznie z emisji reklam.
W czasie pielgrzymek "Radia Maryja" na Jasną Góre, dekodery TV "Trwam" sprzedawane są jak "świeże bułeczki".

2003 r.Czerwiec. Radio Maryja domaga się unieważnienia referendum europejskiego.

2003 r. "Radio Maryja" nadaje już ze 123 nadajników UKF w Polsce, przez satelity do Europy i Ameryki Północnej, poprzez wynajmowanie czasu w kilku rozgłośniach w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie, przez Internet z nadajników krótkofalowych wynajmowanych w Rosji. Roczny koszt utrzymania "Radia Maryja" i telewizji "Trwam" wynosi 24 mln złotych.

2005 r. Przed drugą turą wyborów prezydenckich słuchacze Radia Maryja otrzymują instrukcję od Ojca Rydzyka: Dzień w dzień przekonywać do Kaczyńskiego rodzinę, sąsiadów i znajomych z pracy. Rozgłośnia odnosi sukces. Lech Kaczyński wygrywa głosami mieszkańców wsi i miasteczek.

2005 r. Wybory prezydenckie i parlamentarne kończą się zwycięstwem Radia Maryja.

2006 r. Piętnasta rocznica powstania Radia Maryja. W uroczystościach w Toruniu uczestniczyło ponad 10 tys. pielgrzymów, biskupi oraz premier Jarosław Kaczyński wraz z politykami prawicy. W trakcie uroczystości można było nabyć święte obrazy, albumy, płyty DVD o Janie Pawle II oraz takie książki jak: "Co słynni ludzie mówili o Żydach?", "Cywilizacja żydowska", "Masoneria". Dla mediów spoza imperium Ojca Rydzyka wstęp był wzbroniony.

2007 r. Ojciec Rydzyk stara się o dofinansowanie z Unii Europejskiej wysokości 15,5 mln euro. Uczelnia Rydzyka organizuje także studia w zakresie pozyskiwania środków unijnych, choć jeszcze kilka lat wcześniej Rydzyk walczył przeciwko przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej, a na antenie radia można było usłyszeć że:
"Państwo polskie składa swoje najlepsze dzieci na pożarcie molochowi Unii Europejskiej w mglistej nadziei, że ci, co nie zostaną zmiażdżeni stalowymi kłami europejskich norm, zapewnią sobie dobrobyt i opiekę pod skrzydłami nieobliczalnego nowego neopoganskiego bóstwa, którego sanktuarium socjaldemokraci wszystkich stolic buduja w Brukseli".

2007 r. 10 Lipiec. Centrum im. Szymona Wiesenthala zwróciło się do papieża Benedykta XVI o odwołanie Tadeusza Rydzyka z pełnionych funkcji z powodów jego antysemickich wypowiedzi.

2007 r. 31 Lipiec. Ambasador Izraela w Warszawie Dawid Peleg wezwał Polskę i polski Kościół do potępienia wypowiedzi ojca Tadeusza Rydzyka, które ocenił jako najbardziej antysemickie uwagi od 1968 r.

2007 r. Zgromadzeniu Redemptorystów wydzierżawiono 1,35 ha działki nad Wisłą na rozbudowę ośrodka akademickiego. Zgromadzenie płaci 3 złote za metr kwadratowy rocznie, podczas gdy w Toruniu ceny zaczynają się od 15 złotych za metr.
Jeżeli inwestycje przekraczają wartość gruntu, to grunt przechodzi na własność inwestora (czyli Rydzyka).

2007 r. Ojciec Rydzyk zamierza wykonać odwierty geotermalne oraz wybudować geotermalną elektrociepłownię. Na odwierty Ojciec Rydzyk potrzebuje 27 mln złotych które stara sie uzyskać z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Sprzedaż wyprodukowanego prądu może dać zakonnikowi w przyszłości 5 mln złotych rocznie.

2007 r. Telewizja Polska podpisala umowę handlową z TV "Trwam". TVP udostepni Rydzykowi pasmo na satelicie Astra. Kwota transakcji jest objęta tajemnicą handlową.

2008. Słuchacze Radia Maryja to ludzie starsi, którzy zaczynają wymierać. Ojciec Rydzyk chcąc sobie wychować nowe posłuszne pokolenie, powołuje w 1997 r. do życia "Podwórkowe Kółka Różańcowe". Obecnie "Podwórkowe Kółka Różańowe" zrzeszają ponad 130 tys. dzieci.
Od najmłodszych lat dzieci są indoktrynowane przez organizację redemptorystów, zgodnie ze słowami Ojca Rydzyka : "Młodzież jest kochana, można ją formować jak plastelinę".

2008 r. Większość podmiotów imperium medialnego Ojca Rydzyka nie odprowadza podatków. Straty skarbu państwa z tytułu podatku VAT i CIT mogą już wynosic nawet 30 mln złotych rocznie. Ojciec Rydzyk znajduje się w setce najbogatszych Polaków. Bezkarnie obraża prezydenta, kpi sobie z prawa, nie płaci podatków. Politycy na dźwięk słów "Ojciec Tadeusz Rydzyk" drżą ze strachu o własne życie. Każda krytyka rozgłosni
jest tłumaczona przez Ojca Rydzyka jako atak na kościół, Boga i Ojczyznę.
Mówi sie, że magnat medialny Ojciec Rydzyk stał się nietykalnym i najbardziej wpływowym fundamentalistą religijnym w Europie






6.29.2009

12 Małp


UWAGA! ANALIZA ZDRADZA ISTOTNE ELEMENTY FABUŁY FILMU!

Terry Gilliam lubi zaskakiwać. Jego wizualnie oszałamiające filmowe spektakle nie wszystkim mogą się podobać, ale nie ma chyba takiego, który odmówiłby mu kreatywności i smaku do surrealistycznych obrazów rodem ze snu paranoika. Jego kinematograficzne feerie wahające się od tak skrajnych dokonań jak "Przygody barona Munchausena" do na poły komercyjnego "Fisher Kinga", od orwellowskiego "Brazil" po narkotyczne wizje "Las Vegas Parano" powodują u widza wielobarwny oczopląs, a czasem poważne zwątpienie w psychiczne zdrowie twórcy. Nie dziwi więc fakt, że zaczynał jako filar ponadczasowej grupy Monty Pythona. Tym bardziej, po tym znanym z zacięcia do błądzenia po sferze niewygodnie balansującej na granicy równowagi psychicznej człowieka twórcy, nie spodziewalibyśmy się merkantylnej produkcji z gatunku science fiction, za jaki powszechnie uważane jest "12 małp". Pierwsze zetknięcie z tym nietypowym wydawałoby się obrazem Gilliama pozostawia w pamięci pewne zdziwienie charakterem filmu i tematyką, z jaką starł się reżyser: apokalipsa, zagłada rodzaju ludzkiego, śmiertelny wirus i podróże w czasie. Na pierwszy rzut oka wygląda to na postępujący po "Fisher Kingu" proces komercjalizacji twórczości Pythona. Skłamałbym, gdybym nie przyznał, że sam odebrałem "12 małp" w podobny sposób, kiedy kilkanaście lat temu pierwszy raz zasiadłem na sali kinowej. Dzieło Gilliama wydało mi się wówczas bardzo sprawną, kunsztowną fabularnie, ale tylko rozrywką. Powtórzony po latach jednak, odkrył niuanse, które zwykle pomija się lub szybko zapomina po pierwszym obejrzeniu.

Czytaj dalej na stronie





6.28.2009

Idioktualiści

TOMASZ WŁODEK
Idioktualiści

Bycie postmodernistycznym filozofem jest w gruncie rzeczy bardzo proste. Po pierwsze — należy używać zdań długich, gramatycznie poprawnych, lecz nie niosących żadnej treści. Po drugie: należy stosować terminy kończące się na „–izm”. I po trzecie — należy zamieszczać dużo odnośników do prac innych myślicieli postmodernistycznych.


Jeżeli jakaś teoria filozoficzna nie daje się
przetłumaczyć na góralski, to jest to teoria fałszywa.
Józef Tischner



Powiedzmy, drogi Czytelniku, że ktoś podsunął Ci do przeczytania następujący tekst, mówiąc, że jego autor jest uważany za jednego z kilku największych żyjących francuskich (a także światowych) filozofów i poprosił Cię o wyrażenie swojej opinii na jego temat:

Perspektywizm lub naukowy relatywizm nie jest nigdy względny w stosunku do podmiotu: stanowi on nie względność prawdy, lecz prawdę o względności, innymi słowy o zmiennych, których przypadki porządkuje w zależności od wartości, jakie wydobywa z nich w ich układach współrzędnych (w tym przypadku porządek sekcji stożkowych jest uporządkowany względem sekcji stożka, której szczyt jest zajęty przez oko).

Czytelnik, który zrozumiał, o co w przytoczonym cytacie chodzi, może reszty niniejszego artykułu nie czytać, jest on bowiem adresowany do ludzi normalnych.

Zastanówmy się wspólnie — co autorzy powyższej wypowiedzi chcieli zakomunikować? Dla ułatwienia powiedzmy, że cytat pochodzi z książki Czym jest filozofia? autorstwa Gilles’a Deleuze’a i Feliksa Guattariego uchodzących za jednych z najwybitniejszych francuskich filozofów, a książka ta w roku 1991 była we Francji wydawniczym bestsellerem. Skądinąd zaś, znany francuski filozof Michel Foucalt powiedział o innej pracy Deleuze’a, stwierdzając, że w przyszłości wiek XX będzie nazwany na jego cześć „deluzyjskim”.

No cóż, westchnie Czytelnik, skoro napisał to jakiś wielki filozof — to muszą to być rzeczy tak bardzo mądre, że nie nam, maluczkim, próbować je zrozumieć...

Otóż — niekoniecznie.
Z postmodernizmem jak z pornografią

Historia, którą tu opowiem, ma swój początek w roku 1994 roku, kiedy to dwaj uczeni, Paul R. Gross (biolog) i Norman Lewitt (matematyk), opublikowali książkę Higher Superstition: The Academic Left and its Quarels with Science [Wyższy Zabobon: uniwersytecka lewica i jej spory z nauką] (John Hopkins University Press). Postawili w niej następującą tezę: amerykańskie uczelnie, a zwłaszcza departamenty rozmaitych cultural studies, social sciences, gender studies [studiów nad kulturą, nauk społecznych, studiów nad zagadnieniami płci] i im podobne przestają być tym, czym być powinny — czyli ośrodkami wiedzy — a zaczynają pełnić rolę bastionów ciemnoty i obskurantyzmu zwalczającego racjonalizm.

Teza była mocna i dość szokująca, jednak dla kogoś, kto miał okazję chociaż raz w życiu podyskutować z jakąś nawiedzoną feministką z „Department of Gender Studies” argumentującą, że dzisiejsza matematyka stanowi wymysł mężczyzn służący panowaniu nad kobietami albo z kimś zajmującym się antropologią, kto twierdzi, że aby poznawać prawa przyrody, należy zaprzestać zajmowania się fizyką, a zacząć studiować rytuały murzyńskich szamanów albo z rozmaitymi ekologami–ekstremistami, dla tego książka Grossa i Lewitta nie będzie bynajmniej stanowić zaskoczenia. Od szeregu już lat uniwersyteckie kampusy, zwłaszcza w departamentach zajmujących się naukami humanistycznymi, powoli opanowywane są przez prąd intelektualny tytułowany — z braku lepszej nazwy — postmodernizmem. Jest to określenie rozciągliwe, trudne do zdefiniowania, jednak jest z nim tak jak z pornografią — kto się z nim spotkał, ten wie, o co chodzi.

Książka Grossa i Lewitta wywołała wśród uniwersyteckich postmodernistów małe poruszenie i zdecydowali oni, że zawartym w niej oskarżeniom należy dać pryncypialny odpór. Na łamach prestiżowego (w kręgach intelektualistów–postmodernistów) czasopisma „Social Text” postanowili opublikować szereg powiązanych tematycznie artykułów obalających oskarżenia zawarte w Higher Superstition.
Eksperyment Sokala

Wtedy właśnie Alan Sokal, profesor fizyki na New York University, postanowił przeprowadzić mały eksperyment. Udał się do biblioteki, wypożyczył kolekcję dzieł rozmaitych postmodernistycznych luminarzy amerykańskiego (i nie tylko) życia intelektualnego, wczytał się w nie dokładnie, a następnie, imitując styl oraz często podpierając się cytatami z ich prac, napisał artykuł pt. Transgressing the Boundaries: Towards a Transformative Hermeneutics of Quantum Gravity, [Przekraczając granice: ku kwantowej teorii grawitacji], w którym przeprowadził analizę filozoficznych konsekwencji kwantowej teorii grawitacji. Jest to hipotetyczna teoria stanowiąca uogólnienie znanej nam obecnie teorii grawitacji, tak aby uwzględniała ona zjawiska kwantowe. Do tej pory nikomu nie udało się jej sformułować.

Jego artykuł stanowił zbiór piramidalnych nonsensów. Zaczynał się od pompatycznego stwierdzenia, iż w czasach obecnych „poststruktualna i feministyczna krytyka pozwoliła podważyć dogmat” o tym, że „istnieje zewnętrzny świat”. Rzeczywistość stanowi tylko „społeczną i lingwistyczną konstrukcję”. Tak jest — „rzeczywistość” — a nie „teorie opisujące rzeczywistość” — lecz właśnie rzeczywistość, czyli „świat zewnętrzny jako taki” — stanowi tylko konstrukcję zależną od aktualnych uwarunkowań społecznych i lingwistycznych! Aby nie pozostawić cienia wątpliwości, nieco dalej Sokal dodał: newtonowska stała G, jak również euklidesowa stała п (stosunek długości obwodu koła do jego średnicy) dawniej uważane za stałe są w rzeczywistości zmienne i zależne od kontekstu historycznego!

Nawet marksiści, dla których „wszystko jest klasowe”, nie wymyślili czegoś równie głupiego.

Dalszy ciąg artykułu wyglądał podobnie: jeden absurd gonił następny, po to, aby zakończyć się deklaracją, iż dzisiejsza, oparta na dziewiętnastowiecznej burżuazyjnej teorii zbiorów, matematyka nie jest w stanie stać się podstawą przyszłej kwantowej teorii pola. Z tego powodu należy stworzyć nową, wyemancypowaną matematykę feministyczną, opartą na logice rozmytej i teorii katastrof. W tym momencie nawet czytelnik pozbawiony wykształcenia ścisłego powinien zorientować się, że autor kpi.
Cytując bełkot

Artykuł Sokala stanowi wspaniałe dzieło humorystyczne, parodiujące intelektualne ekscesy postmodernistycznych „myślicieli”. Został on wysłany do redakcji „Social Text”, aby sprawdzić, czy wydawcy oraz czytelnicy zorientują się, że są robieni w balona.

Eksperyment powiódł się znakomicie. Artykuł został przyjęty do druku, opublikowany i nikt z wielkich postępowych intelektualistów nie zorientował się, że stanowi on zbiór idiotyzmów.

Najzabawniejsze, że Sokal w swojej parodii często cytował prace redaktorów „Social Text” dla poparcia rozmaitych absurdów. Można by oczekiwać, że sami zainteresowani zaprotestują przeciwko używaniu swoich wypowiedzi dla usprawiedliwiania nonsensów. Nie uczynili tego, co pozwala wysunąć przypuszczenie, że nie do końca rozumieją to, co napisali...

Alan Sokal odczekał jakiś czas, a następnie w innym czasopiśmie wydrukował artykuł wyjaśniający mistyfikację. „Chciałem sprawdzić — napisał — czy prestiżowe czasopismo naukowe opublikuje pracę, która jest co prawda bez sensu, ale która głosi tezy modne w kręgach jajogłowych. Odpowiedź — niestety — brzmi: tak”.

Było to wetknięcie kija w mrowisko. W światku akademickim momentalnie wyłoniły się dwa obozy. Jeden składał się z oburzonych: „Jak on śmiał!”. Drugi powitał wygłup Sokala entuzjastycznie, zadowolony, że nadęci „intelos” dostali po nosie. Afera szybko trafiła na łamy gazet („New York Times”, „International Herald Tribune”, „Observer”, „Le Monde” oraz szereg innych poświęciło jej specjalne artykuły), zaś wśród recenzji nie brakło i zatytułowanych Towards Transformative Theory of Total Bullshit [Ku transformacyjnej teorii kompletnego gówna].

„Aferze Sokala” — bo tak ją nazwano — poświęcono cały dział w „New York Times Review of Books”. Sławny fizyk, Steven Weinberg, którego poproszono o omówienie całej sprawy, podsumował ją krótko: „To, co Sokal powypisywał, to są oczywiście absurdy”. Ale przynajmniej on pisze jasno o tych absurdach. Natomiast jedyne fragmenty, gdzie jego artykuł zamienia się w kompletny bełkot, to te, w których cytuje oryginalne prace Wielkich Intelektualistów. Dla przykładu, weźmy wypowiedź Jacques’a Derridy, francuskiego filozofa, w którym przedstawia on swoje przemyślenia na temat teorii względności: „Einsteinowska stała nie jest stałą, nie stanowi ona centrum. Stanowi ona samą istotę zmienności: to jest samo sedno. Innymi słowy nie jest to koncept czegoś — centrum, z którego obserwator mógłby ogarnąć istotę rzeczy, lecz jest samą istotą rzeczy”.

Steven Weinberg, laureat Nagrody Nobla z fizyki, podsumował te mądrości jednym zdaniem: „Nic z tego nie rozumiem”.

Alan Sokal, gdy go pytano o skomentowanie swojego artykułu, odpowiedział: „Wszyscy uważają, że pokazałem, że redakcja «Social Text» nie rozumie artykułów, które publikuje. To nie wszystko. Mój artykuł stanowił tylko klej, którym zlepiłem mnóstwo bezsensownych fragmentów prac rozmaitych — uchodzących za wybitnych — filozofów i innych myślicieli, po to, aby ukazać ich absurdalność. Problem nie leży w tym, że mój artykuł został przyjęty do druku — w istocie rzeczy nie wiadomo, dlaczego miałby on NIE zostać opublikowany, albowiem nie różni się on niczym od setek innych produkowanych bez przerwy przez rozmaitych speców od sociology of science czy innych podobnych dziedzin. I to jest prawdziwy problem”.
Świeccy święci

Zanim jeszcze afera ucichła, Sokal poszedł za ciosem i przygotował drugą rundę. Wspólnie z belgijskim fizykiem–teoretykiem Jean Bricmont napisali książkę Fashionable Nonsense [Modne nonsensy] (Picador), w której wzięli na warsztat szereg uchodzących za wybitnych francuskich intelektualistów, po to, aby dokładniej przyjrzeć się ich pracom. W odróżnieniu od Stanów Zjednoczonych, gdzie Wielcy Intelektualiści są raczej zamykani w uniwersyteckich gettach, z których nie wychylają nosa i których rola w społeczeńtwie jest niewielka, we Francji Wielcy Myśliciele stanowią rodzaj świeckich świętych, osobistości o kolosalnych wpływach w systemie edukacyjnym, a często i w polityce — żeby przypomnieć tu chociażby Sartre’a. Nad Sekwaną, aby uchodzić za człowieka kulturalnego, należy posiadać na półce aktualnie modną książkę napisaną przez któregoś z Wielkich Intelektualistów, a przynajmniej wiedzieć o jej istnieniu. Czytać jej już nie trzeba.

Sokal i Bricmont postanowili pokazać, że król jest nagi. Owi wielcy intelektualiści nie mają wiele mądrego do powiedzenia: jeżeli przebić się przez mętne i niezrozumiałe słownictwo ich prac, okaże się, że stanowią one albo zbiór myśli miałkich i banalnych, albo kompletnych nonsensów.

Na swoje ofiary wybrali kilku myślicieli: Jacques’a Lacana — wpływowego specjalistę od psychoanalizy, Julię Kristevę — teoretyka literatury i polityki, psychologa, psychoanalityka, Luce Irigaray — filozofa, teoretyka feminizmu, Bruno Latoura — socjologa, Jeana Baudrillarda — filozofa i socjologa, Gilles’a Deleuze’a i Feliksa Guattariego — filozofów, Paula Virilio — intelektualistę ogólnego. Każdemu z nich poświęcili w swojej książce rozdział, obficie cytując ich prace, a następnie uzasadniając absurdalność zawartych w nich twierdzeń. W wielu przypadkach zresztą nawet komentarz był zbyteczny — ograniczali się tylko do stwierdzenia „a ten fragment pozostawiamy do oceny Czytelnika”.
Królowie obrażeni

I tak Wielki Psychoanalityk, Lacan, człowiek, który — jeżeli wierzyć biografom — „nadał psychoanalizie Freuda solidne podstawy naukowe” — dla uzasadnienia swoich rozważań na temat natury chorób psychicznych odwołuje się do pojęć z topologii (dział matematyki), nie wyjaśniając przy tym, co ma topologia oraz figury geometryczne do psychoanalizy, następnie zaś popiera swoje rozważania serią najzupełniej bezsensownych wzorów matematycznych, z których wyciąga wniosek, iż matematyczna liczba „i” = stanowi tak naprawdę symbol męskiego organu płciowego.

Julia Kristeva, teoretyk literatury, w swoich pracach chce stworzyć matematyczną teorię języka poetyckiego (!) i dlatego często powołuje się na rozmaite twierdzenia matematyczne, z których, jak wynika z tekstu, nic nie rozumie. Sokal i Bricmont przyłapali ją nawet na tym, że w traktacie o teorii polityki wypisała definicję pewnego pojęcia matematycznego przepisaną z jakiegoś podręcznika, ale, niestety — źle przerysowała niezrozumiałe dla siebie symbole matematyczne. Wniosek brzmiał: Kristeva nie rozumie tego, o czym pisze, a jeżeli ozdabia swoje teksty o literaturze odwołaniami do matematyki, to tylko po to, aby na czytelnikach zrobić wrażenie kobiety niezwykle wykształconej i inteligentnej, dobrze wiedząc, że wśród ludzi zajmujących się teorią literatury mało jest takich, którzy jej aluzje do matematyki zrozumieją.

Teoretyk feminizmu, Luce Irigaray, bije swoją erudycją wszystko. W swoich książkach twierdzi, że nauka (w tym nauki ścisłe) powstaje zawsze w określonym kontekście historycznym i socjologicznym i dlatego postać teorii naukowej jest zdeterminowana przez płeć naukowca. Na przykład einsteinowskie równanie E = mc2 jest równaniem „typowo męskim”, albowiem „uprzywilejowuje ono prędkość światła (c) nad wszystkimi innymi prędkościami, które są dla nas równie ważne”. Niestety, Luce Irigaray nie wyjaśnia, czy gdyby Einstein był kobietą, to równanie E = mc2 nie byłoby prawdziwe? A jeżeli nie byłoby prawdziwe — to jaką miałoby postać?

Jeszcze ciekawsze są jej rozważania o tym, dlaczego mechanika brył sztywnych stanowi dział fizyki lepiej przebadany aniżeli mechanika płynów — hydrodynamika. Z pozoru odpowiedź jest prosta: równania ruchu bryły sztywnej są łatwiejsze do rozwiązania niż równania ruchu cieczy. Łatwiej jest matematycznie opisać ruch planety wokół Słońca aniżeli wypływ wody z wanny. Tym niemniej Wielka Myślicielka oferuje odpowiedź alternatywną: mechanika bryły sztywnej rozwinęła się lepiej, albowiem jest to dziedzina męska, a fizycy są (w większości przypadków) mężczyznami, zaś mechanika płynów jest dziedziną kobiecą.

No dobrze — ale dlaczego niby mechanika bryły sztywnej jest dziedziną męską, a mechanika płynów kobiecą? To jest bardzo proste: męski narząd płciowy jest sztywny, podczas gdy żeński narząd płciowy wydziela czasem płyny.

Porażony taką logiką czytelnik jej prac nie ma innego wyjścia jak uznać, że nie dorasta do wyżyn intelektualnych Wielkiej Myślicielki. Na całe jednak szczęście Sokal i Bricmont, nie mówiąc tego wprost, choć dość jednoznacznie, oferują hipotezę odmienną: Lucy Irigaray bredzi. Autorzy w polemice z nią podjęli nawet próbę argumentacji na jej poziomie i twierdzenie, iż „kobiece narządy płciowe wydzielają płyny i dlatego dynamika płynów jest nauką kobiecą”, skontrowali pytaniem: „Lucy Irigaray pochodzi z Belgii, czyżby nie wiedziała, co jest symbolem miasta Brukseli?”. Tym, którzy w Brukseli nie byli, należy się wyjaśnienie: jest to rzeźba siusiającego chłopczyka.

Bruno Latour pisze komentarze na temat filozoficznych konsekwencji teorii względności, z których wynika, że teorii tej kompletnie nie rozumie.

Sokal przytacza całe fragmenty prac Guttariego i Deleuze’a ilustrujące, że ludzie ci sami nie rozumieją tego, co piszą. W pewnym momencie cytują wyjątkowo niekoherentny tekst, komentując go tylko: „Ten fragment zawiera najwspanialszą mieszankę naukowego, pseudonaukowego i filozoficznego żargonu, jaką kiedykolwiek udało się nam odnaleźć. Tylko geniusz potrafiłby coś podobnego napisać”. Nie przytaczam tego fragmentu, mimo że miałem pierwotnie taki zamiar: przetłumaczenie go przekracza moje możliwości.

I tak dalej, i tak dalej.

Książka Fashionable Nonsense stanowi wielki zbiór nonsensownych cytatów z Wielkich Myślicieli, zaopatrzonych w wyjaśnienia adresowane do Czytelników pozbawionych wykształcenia ścisłego, mające im wytłumaczyć, dlaczego dany fragment jest bez sensu. Czytając ją, nie sposób nie przecierać oczu ze zdumienia: jak to możliwe, aby spod piór ludzi uchodzących za inteligentnych wychodziły rzeczy tak beznadziejnie głupie. Dla studenta chcącego poświęcić się filozofii jest to niezwykle cenna lektura: może ona posłużyć za odtrutkę pozwalającą nabrać dystansu do niektórych Mistrzów, zanim jeszcze studiowanie ich prac doprowadzi do nieodwracalnych zmian w mózgu.
Pachołki imperializmu

Sokal i Bricmont ukazują nam nowy, zupełnie nieznany świat Akademii, gdzie pełniący rolę półbogów Wielcy Intelektualiści spisują teksty natchnione, które następnie są wyjaśniane i interpretowane przez nadwornych egzegetów piszących na ich temat prace doktorskie i habilitacyjne, komentarze, komentarze do komentarzy oraz poprawione wersje komentarzy do komentarzy. W pewnym momencie Sokal zaryzykował hipotezę, iż obserwowany kult Wielkich Intelektualistów może stanowić początek jakiejś nowej religii.

W takie to salony bezceremonialnie wkroczyli Sokal i Bricmont, nie padając przed Wielkimi Myślicielami na twarz, lecz wołając, że król jest nagi. Jeżeli dzieła Lacana, Kristevy i innych są dla normalnego człowieka niezrozumiałe, to jest tak nie dlatego, że niosą one niezgłębione pokłady treści, ale dlatego, że nie niosą one nic.

Nietrudno się domyślić, że reakcją ze strony Proroków był atak wściekłości. Najlepiej zachował się Bruno Latour, przesyłając Sokalowi butelkę wina ze swojej winnicy. Pozostali na ogół oskarżyli go o chęć zrobienia intrygi mającej na celu zmniejszenie przyznawanych przez państwo funduszy na nauki humanistyczne. Poniżej wszelkiej krytyki zachowała się Julia Kristeva, która w histerycznym artykule w prasie oskarżyła Sokala o bycie pachołkiem amerykańskiego imperializmu, w innym zaś wywiadzie nazwała go osobnikiem chorym psychicznie. Do odpierania zarzutów merytorycznych, jakie postawili jej Sokal i Bricmont, nie zniżyła się, bo po co. No cóż, klasę intelektualisty poznać też po sposobie reagowania na krytykę, a dla niektórych przyzwyczajonych do czołobitności okazała się ona bardzo gorzką pigułką.

Wszystko to byłoby dość zabawne, gdyby nie było prawdziwe. Niestety, Sokal i Bricmont podają przykłady ilustrujące, jak postmodernizm potrafi stać się niebezpieczny: w jednym z rozdziałów swojej książki ukazują, jak pewien wpływowy w systemie edukacyjnym Belgii pedagog w podręczniku adresowanym do nauczycieli szkół średnich wypisuje kompletne głupoty na temat systemów heliocentrycznego i geocentrycznego, powołując się przy tym na prace postmodernistów.

Gdy sobie uświadomimy, że wysoko postawieni ludzie w rozmaitych ministerstwach edukacji traktują omawianych postmodernistycznych filozofów najzupełniej poważnie, to postmodernizm przestaje być śmieszny, a zaczyna być przerażający.
Poradnik idioktualisty

Kropkę nad „i” w debacie postawił australijski informatyk, Andrew Bulhak. Oto Alan Sokal w jednym z wywiadów stwierdził, że bycie nowoczesnym postmodernistycznym filozofem jest w gruncie rzeczy bardzo proste: należy, pisząc artykuły, stosować się do trzech zasad. Po pierwsze — należy używać zdań długich, gramatycznie poprawnych, lecz nie niosących żadnej treści. W tym sporcie rekordzistą jest Paul Virillo, w którego pracach Sokal zdołał odszukać zdanie liczące 193 słowa, a które nie oznaczało kompletnie nic. Po drugie: należy stosować właściwe słownictwo typu: „obiekt”, „hiperprzestrzeń”, „struktura”, „topologia”, a zwłaszcza terminów kończących się na „–izm”: „strukturalizm”, „dekonstrukcjonizm”, itp. I po trzecie — należy zamieszczać dużo odnośników do prac innych myślicieli postmodernistycznych.

Andrew Bulhak te obserwacje doprowadził do logicznego końca, ujmując je w formie eleganckiej teorii matematycznej, którą opisał w artykule On the simulation of postmodernism and mental debility using recursive transition networks [Symulacja postmodernizmu oraz debilizmu umysłowego za pomocą sieci rekursywnych] (Monash University Computer Science Technical Report 96/264), a następnie, bazując na niej, napisał program komputerowy automatycznie komponujący artykuły na temat filozofii postmodernistycznej. Efekt można znaleźć w sieci WWW pod adresem www.csse.monash.edu.au/cgi–bin/postmodernism. Zaglądając tam, zobaczymy — każdorazowo inny! — wygenerowany przez komputer artykuł niczym nie różniący się od tych, jakie są dziełem omawianych przez Sokala Wielkich Intelektualistów. (Proszę porównać teksty generowane przez komputer z fragmentami przytaczanymi w książce Sokala i Bricmonta!) Należy się domyślać, że dzięki programowi Bulhaka idioktualizm na amerykańskich (i nie tylko) uczelniach wejdzie w nową fazę bujnego rozwoju.



*

TOMASZ WŁODEK
ur. 1965, pracownik naukowy, przebywa w USA, publikował w miesięczniku „W drodze” oraz w polskiej prasie wydawanej poza granicami kraju.



Wychowujmy dziecko bezpłciowo

Pewna szwedzka para postanowiła wychowywać swoje dziecko bezpłciowo tak długo, jak się da. Ich potomek ma już dwa i pół roku, ale prawie nikt nie wie, czy jest chłopcem czy dziewczynką. Uważają, że, zgodnie z feministyczną filozofią, płeć jest wytworem społeczeństwa, a oni chcą by ich dziecko, które nazywają imieniem Pop, rosło wolne i nietłamszone formami płciowości. Jego matka mówi w wywiadzie, udzielonemu w marcu gazecie „Svenska Dagbladet”: "Okrucieństwem jest wprowadzenie na ten świat dziecka z niebieskim bądź różowym stemplem na czole".

Pop, wedle własnego uznania, nosi raz spodnie, raz sukienkę, ma regularnie zmieniane uczesanie, a rodzice nigdy nie zwracają się do niego (niej) w sposób, który mógłby sugerować płeć. Twierdzą oni, że ludzie z ich otoczenia odnoszą się pozytywnie do tego pomysłu, co nie dziwi, skoro sama Kristina Henkel, szwedzka konsultant do spraw równości płci, pochwala to zachowanie, o ile "rodzice robią to, bo chcą przyczynić się do społecznej dyskusji na temat tego, dlaczego płeć jest ważna". Dodaje też: "Możemy tu mówić o niestereotypowej płci; jeżeli jesteś dziewczynką, możesz robić to samo, co chłopiec, i, jeżeli jesteś chłopcem, możesz robić to samo, co dziewczynka".

Henkel należy do osób, które uważają, że płeć jest w dużym stopniu wytworem społeczeństwa i bezpłciowe wychowanie może przyczynić się do wykształcenia silnego, indywidualnego charakteru, nieobciążonego stereotypami płci. Oczywiście, przekonanie to nawet w Szwecji jest poddawane w wątpliwość. Anna Nordenström, endokrynolog dziecięcy z Instytutu Karolinska, uważa, że trudno przewidzieć, do czego doprowadzi rodzicielski eksperyment, podobnie jak trudno stwierdzić, w jakim celu tak naprawdę podjęła go szwedzka para.

Osobiście uważam, że pomysł jest chory i głupi, ale typowy dla szwedzkiego społeczeństwa, które specjalizuje się w odbieraniu dzieci rodzicom, ośmielającym się wymierzyć klapsa maluchowi, za to bagatelizuje inne przypadki niewłaściwego traktowania swoich najmłodszych obywateli. Jednym z moich pierwszych skojarzeń były eksperymenty Trofima Łysenki, którego pseudonauka jest świetnym dowodem na to, że nawet bzdurne i śmieszne teorie mogą doprowadzić do naprawdę tragicznych skutków. Później natrafiłem na historię Davida Reimera i zamarłem z przerażenia, bo rozmiar krzywd, jakie można wyrządzić dziecku na skutek „naukowej” głupoty nie mieści się w głowie.

Bruce (później David) i Brian Reimerowie urodzili się w 1965 roku w Winnipeg jako bliźnięta jednojajowe. Po stwierdzeniu stulejki, w wieku ośmiu miesięcy, zostali poddani zabiegowi obrzezania nową, eksperymentalną metodą. W przypadku Bruce'a zabieg zakończył się fatalnie — chłopiec został pozbawiony penisa w sposób uniemożliwiający rekonstrukcję. Zrozpaczeni rodzice szukali pomocy u doktora Johna Money'a, eksperta w sprawie tożsamości płci. Psycholog poradził im, by poddali dziecko operacji zmiany płci, gdyż dawało to możliwość wykształcenia pochwy, w stanie pozwalającym na zachowanie funkcji seksualnych. Money twierdził, że operacja i wychowywanie Bruce'a jako dziewczynki zapewni prawidłowy rozwój i w przyszłości chłopiec będzie czuł się fizycznie i psychicznie kobietą.

Rodzice uwierzyli naukowcowi i wieku dwóch lat Bruce stał się Brendą. Przez wiele lat „terapii” John Money utrzymywał, że jego teoria znajduje potwierdzenie w rozwoju bliźniąt: Brenda miała zachowywać się jak typowa dziewczynka, Brian zaś jak typowy chłopiec. Prawda jednak okazała się inna — Brenda nie lubiła sukienek, biła się z bratem o jego zabawki, a przez rówieśników była uznawana za dziwadło. Odbiło się to negatywnie nie tylko na niej, ale na całej rodzinie Reimerów. W końcu zerwali oni kontakty z doktorem Money'em i wyjawili prawdę Brendzie, która zmieniła imię na David. Później odbyła się druga operacji zmiany płci, tym razem z żeńskiej na męską. Po podwójnej mastektomii i rekonstrukcji penisa David znów stał się fizycznie mężczyzną. Mimo bezpłodności ożenił się i adoptował trójkę dzieci swojej żony, a swoją historię opisał wraz z dziennikarzem Johnem Colapinto.

Zdawałoby się, że David wyszedł na prostą, jednak jego życie pozostało pasmem nieszczęść. W 2002 roku jego brat, Brian, zmarł na skutek przedawkowania antydepresantów, dwa lata później żona poprosiła go o separację. W maju 2004 roku David popełnił samobójstwo.

Ten smutny przykład jest najdobitniejszym dowodem na to, że mężczyźni i kobiety różnią się na znacznie głębszym poziomie niż wychowanie, organy rozrodcze czy nawet poziom hormonów. Niestety, w niektórych krajach relatywizm przekracza już poziom absurdu. Obie płci są tak samo ważne, to prawda oczywista i niezbędna do budowy sprawiedliwego społeczeństwa. Płci nie są jednak takie same i nie można nimi żonglować. Mimo wszystko mam nadzieję, że historia Popa (Pop) nie skończy się tak, jak historia Davida.

6.26.2009

WC o zboczeńcach


WC o zboczeńcach

WC o zboczeńcach

Jakie poglądy na temat różnego pokroju zboczeńców (w tym homoseksualistów) posiada Naczelny Kowboj RP? Myślę, że najlepiej jest w tym przypadku przytoczyć jego własne słowa. Poniżej znajduje się kilka cytatów z książki Wojciecha Cejrowskiego pt. "Kołtun się jeży".


Dobrze, kiedy nazywa Pan rzeczy po imieniu, ale nazywanie homoseksualistów pedałami, to chyba niepotrzebna przesada.

Oni sami siebie tak nazywają. No, a skoro sami zainteresowani tak o sobie mówią, to czemu ja miałbym mówić inaczej?
Znam oczywiście słowo „homoseksualista” ale ono jest zbyt lekarskie i mniej wydajne, bo przydługie, a także mniej wyraziste, a satyra powinna być wyrazista.
Znam też anglosaski import językowy - „gay”. To jest jednak śmieć na terenie polszczyzny - słowo niepotrzebne, bo mające przecież rodzime odpowiedniki. Nie dość na tym, „gay” to etymologiczne oszustwo - w języku angielskim podstawowe znaczenie tego słowa, to wcale nie „pedał” ale „radosny”, „słoneczny”, „pogodny”, „miły”. Nieprawdy nie chcę wspierać, więc pozostanę przy „pedale”. Brzmi swojsko, a co najważniejsze podkreśla mój pogardliwy stosunek do zboczeńców.
Mamy i prawo, i obowiązek nazywać rzeczy po imieniu oraz otwarcie sprzeciwiać się złu. Z tego powodu Wydarzenia Grudniowe będę nazywał zbrodnią, PRL - okupacją sowiecką, stan wojenny - przestępstwem, a okrągły stół zdradą.
Ukrywanie własnego stosunku do takich spraw poprzez stosowanie niewyrazistych słów, jest obłudą i kołtuństwem. Jeśli już ktoś ma pogląd na jakiś temat, to powinien też mieć odwagę ten pogląd lansować. Mamy prawo do sprzeciwu, pogardy, dezaprobaty. Korzystajmy więc z tego prawa. Nie wolno się dać zastraszyć i zamknąć sobie ust.
Tak jak kiedyś komuniści, tak dziś kneblować próbują europiści. Na przykład nazywając kołtunami zwolenników przykazania „Nie cudzołóż”. W takiej sytuacji nie wolno się wycofywać!!! Trzeba brać inwektywy na sztandary i nosić je dumnie.
Jeśli eurole wierność nazywają kołtuństwem, to my bądźmy dumni z naszego kołtuństwa. Najcięższa obelga to tylko słowo. Kiedy biją w nas słowami powinniśmy te słowa tłumaczyć na konkrety: co to znaczy w ich ustach, że jestem kołtunem?; co znaczy w ich ustach Ciemnogród?
Okaże się wtedy, że brzydkie słowa oznaczają piękne cechy. Obelgi nabierają blasku, kiedy się je rozwinie w pełne definicje. Kołtun okazuje się być po prostu wiernym małżonkiem, który nie lubi zboczeńców, bezbożników, zaprzańców, zdrajców, donosicieli, rozpusty...
Ciemnogród właśnie tak zostanie ocalony. Odwracano się od niego ze wstrętem, wytykano palcami i wyśmiewano, mówiono, że odchodzi w przeszłość. Wpisałem go na swoje sztandary i dumnie wystawiłem na pokaz w WC Kwadransie. Odebrałem im to słowo i już nie oddam!
Teraz namawiam innych, żeby dumnie obnosili się ze swoim ciemnogrodztwem, bo Ciemnogród to nic innego jak:
- wigilia w rodzinie, opłatek, Św. Mikołaj;
- to, że mężczyźni wstają, kiedy wchodzi kobieta i, że ją całują w rękę, podają płaszcz;
- szacunek dla starszych i dla tradycji;
- krzyż nad drzwiami...
To wszystko towarzysze Europejczycy nazywają Ciemnogrodem.
Ciemnogród jest piękny, a ja jestem z niego dumny i nie zmieni tego skrzywiona twarz Adama Michnika oraz połajanki innych, którym śpieszno do Europy. Lećcie chłopaki same, wasza wola, mnie nie po drodze. Jeno nie trzaskajcie drzwiami - sam je dokładnie zamknę, bo z tej waszej Europy piekielnie ciągnie siarką.
Kiedy Pan Bóg spogląda na Europę z góry widzi, że wszędzie czarno - jasne są tylko światła Ciemnogrodu.

Co się Pan tak przyczepił do tych homo. Co oni właściwie Panu przeszkadzają?

Zboczeńcy mi nie przeszkadzają dopóki niszczą jedynie siebie, siedzą cicho i uprawiają swoje zboczenie wstydliwie, kiedy nie żądają, bym je uznał za normalność. Nie przeszkadzają mi, gdy nie wymuszają akceptacji i preferencji.
A preferencją jest, na przykład, planowany wpis do nowej konstytucji mówiący, że nikogo nie wolno dyskryminować ze względu na jego orientację seksualną. W tym miejscu następuje niekompletna wyliczanka - wymienia się homoseksualistów, a nie wymienia się np. zoofili i nekrofili. Dlaczego? Przecież to też orientacje. Gdzie się podziała konstytucyjna równość?
Nigdy jej nie było w planie - te zapisy to nie równość ale przywileje, preferencje, system kastowy. Kasta pedałów uzyskuje większe prawa od kasty zoofili. A ja między tymi kastami zboczeńców zasadniczej różnicy nie dostrzegam.

Od konstytucyjnych wyliczanek kogo to nie wolno dyskryminować w szczególności, stanowczo wolę równe prawo dla wszystkich - bez wyróżniania kogokolwiek. Prawa dla wybranych mniejszości, to przecież zaprzeczenie równości. Wystarczy jedno prawo dla wszystkich! Jednostka jest najmniejszą mniejszością, kiedy więc chronimy jednostkę, chronimy wszystkich w równym stopniu. Kiedy natomiast dajemy preferencje jednym, to odbywa się to zawsze kosztem innych - tych niepreferowanych, niewymienionych, a wszystkich nigdy się nie wymieni. Bardziej sprawiedliwy jest konstytucyjny zapis mówiący o tym, że nikogo nie wolno dyskryminować, od wpisu z klauzulą, że nikogo, a w szczególności tych i tamtych. Te wszystkie dodatki „a w szczególności” powodują rozdymanie konstytucji do rozmiarów książki telefonicznej oraz nieczytelność prawa.
Niekompletna wyliczanka - wyraz preferencji - powoduje sytuację, w której wyróżnia się jednych zboczeńców odmawiając prawa do równości innym. Odmawiając dzisiaj!!!. Ale przecież jak teraz uznamy homo za normalnych, to prędzej czy później zgłoszą się do nas pozostali zboczeńcy z żądaniem, by uznać także ich prawo do równej egzystencji.

Ostre podkreślanie różnicy między dobrem a złem jest niezbędne. Jej rozmydlanie i nasze drobne ustępstwa powodują lawinę roszczeń — coraz bardziej absurdalnych. Jeśli raz zgodzimy się ustąpić zboczeńcowi, już nigdy nie będziemy mogli odmówić jego kolejnym żądaniom, bo one są logicznie powiązane. Jeśli raz przekroczymy granicę między dobrem a złem i zgodzimy się na przykład na legalizację homoseksualizmu, to w konsekwencji będziemy zmuszani, by ustępować w sprawie homomałżeństw, adopcji przez nie dzieci, treści podręczników szkolnych itd.
Jeśli dziś zgodzimy się uznać homo za normalnych, jutro będziemy musieli uznać za normalnych wszystkich innych zboczeńców. Oni zastosują żelazne zasady logiki i zdobędą kolejne przyczółki. Nie sposób logicznie odmówić prawa do małżeństwa z pudlem zoofilowi, który powołuje się na naszą wcześniejszą zgodę, na prawo małżeństwa mężczyzny z mężczyzną. Między jednym a drugim nie ma bowiem logicznej różnicy.
Jeśli małżeństwo przestało być związkiem kobiety z mężczyzną i nie prowadzi do posiadania dzieci, to czym jest? Związkiem dwóch kochających się istot? Pudel kocha pana, pan pudla, chcą wziąć ślub - musimy go im udzielić. Oto logiczna konsekwencja pierwszego ustępstwa. Potem będziemy już udzielać ślubów z fotografią Marylin Monroe albo z majtkami nieboszczyka Salwadora Dali.

Dwadzieścia lat temu oficjalny ślub psa z psem był czymś nie do pomyślenia - dziś już jedynie śmieszy, ale nie oburza. Założę się, że większość widzów WC Kwadransa po prostu się roześmiała, kiedy pokazywałem fotografie z takich zaślubin.
Najczęściej nie zdajemy sobie sprawy z tego jakie to wszystko groźne; jak groźnym znakiem jest to, że nas te rzeczy przestały oburzać, a jedynie wywołują uśmieszek politowania. Kiedyś byłby skandal i protesty, dziś jest śmiech, jutro... zgoda, po jutrze bierna akceptacja i oficjalny wpis do konstytucji: Obywatel, w tym pies, ma prawo poślubić innego obywatela, w tym człowieka.
Już dzisiaj w Stanach Zjednoczonych istnieją stowarzyszenia zoofili, nekrofili, pedofili i sadomasochistów. Rosną w siłę zachęcone światowym sukcesem homoseksualistów. Dzisiaj ich żądania brzmią tak samo absurdalnie, jak trzydzieści lat temu pedalskie wołanie o równouprawnienie. Co z tego wyniknie w przyszłości? - Sodoma i Gomora ze wszystkimi konsekwencjami. Nie trzeba cudów biblijnych, by taka cywilizacja zginęła.

Holenderski nekrofil złożył u notariusza dokument z poleceniem, by po śmierci jego ciało przekazać innemu nekrofilowi „celem zaspokojenia potrzeb seksualnych obu stron”.
W Australii wnuczka adoptowała zamrożone plemniki swego dziadka, następnie kupiła kilka sztuk zamrożonych komórek jajowych, a teraz szuka kobiety do wynajęcia, która jej urodzi dzieci. To dwa współczesne przykłady Sodomy i Gomory.
Ja się na taki świat nie godzę, o czym trąbię gdzie się da. Nie godzę się tolerować Sodomy i Gomory. I mogą mi z tego powodu przyklejać łatki dewoty, świętoszka, zacofanego fanatyka - to nic nie zmieni. Jeśli tak ma wyglądać postęp, zostanę wstecznikiem; jeśli to jest nowoczesność obyczajowa, pozostanę zacofanym kołtunem i będę z tego dumny. Nie podoba mi się splugawiona miłość, wyśmiana wierność, Biblia zawieszona na gwoździu w ubikacji, więc wracam za mury Ciemnogrodu.
Zwołuję wszystkich, którzy wolą znosić ciężar dekalogu od lekkich obyczajów. Budujcie Arkę przed potopem.


Pytanie z widowni - Może coś w kolorze różowym?
WC - ???
Pytanie z widowni - Powiada Pan często, że związki homoseksualistów są nienormalne, ale świat idzie do przodu, czy to się Panu podoba czy nie, więc już niedługo to Pan będzie nienormalny.
WC - Myśli Pani, że wszyscy zwariują. Nie wyobrażam sobie jak można instalować tłok w rurze wydechowej... Coś takiego nigdy normalne nie będzie, chyba, że gdzieś na świecie pedalska para będzie miała ze sobą dziecko bez pomocy lekarzy. Wtedy i ja uznam, że homo są normalni, i że Pan Bóg tak chciał... No, albo zacznę wierzyć w czary mary i wtedy rzeczywiście to ja będę nienormalny.

Obrońcy pedałów atakują mnie często mówiąc, że „homoseksualiści są osobami odznaczającymi się dużą wrażliwością i inteligencją, więc jak można ich spychać na margines. Społeczeństwo potrzebuje więcej inteligentnych i wrażliwych”.

No i co z tego? Co z tego, że wrażliwy i inteligentny jeśli zboczeniec.
Panie i Panowie wspierający mniejszość homo, zwracam nieskromnie uwagę, że i mnie nie brak inteligencji i wrażliwości, a mimo to nie zachwycają się moją osobą. A Goebbels był genialny, niestety, i tak wrażliwy, że beczał w kinie - mimo to zgadzamy się pewnie, że społeczeństwo wcale nie potrzebuje więcej Goebbelsów.

Co Pan myśli o powszechnym obecnie relatywizmie moralnym, czyli o tak zwanym „ ukąszeniu heglowskim”?

Jestem cieślą, a nie filozofem, więc bardziej znam się na heblu niż na Heglu. Wszystkim pokąsanym przez relatywizm moralny proponuję, jako kurację wysiłek fizyczny: pracę przy żniwach, wykopki, pielenie buraków, zwożenie siana, rozrzucanie gnoju, młóckę, poranne oprzątanie, albo pracę w lesie przy korowaniu drewna - relatywizm zaraz przejdzie. Wypoci się przy robocie i już.
Wysiłek fizyczny w wyniku którego coś się tworzy pomaga sprowadzić człowieka na ziemię. Kropelki potu na czole i widok tego cośmy stworzyli, pomagają zdać sobie sprawę, że: relatywizm to wymysł i usprawiedliwienie dla bumelantów, słabeuszy, zboczeńców i szuj. Jego miejsce jest jedynie w fizyce - w życiu go nie ma.
Szuja wymyśla relatywizm po to, by dostać taryfę ulgową na czynione przez siebie świństwa. Relatywizuje, czyli stawia grubą kreskę, za którą chowają się zbrodniarze. Ogłasza teorie mniejszego zła: „gdyby Jaruzelski nie złamał konstytucji, nie zniewolił Narodu, nie przewodził zbrodni i kłamstwu, to przyszliby Ruscy i polałaby się polska krew” - to typowe relatywizowanie moralne, a krew przecież i tak się polała.
Co z tego, że gdyby on tego nie zrobił to być może zrobiliby to inni, i być może dużo okrutniej? Co z tego? Zbrodnia jest zbrodnią, przestępstwo pozostaje przestępstwem, a murzynek Bambo się nie wybieli.

Nie wolno się dać oszukać relatywistom! Relatywizm nie usprawiedliwia ani wielkich zbrodniarzy, ani drobnych rzezimieszków, ani śmierdzącego lenia. Relatywizm nikogo nie usprawiedliwia, bo jest zmyślony. Zło pozostaje złem, czy tego chcemy, czy nie. Żadna elita ani gazeta tego nie zmieni. Tak jak nikt nie zmieni praw fizyki pisząc artykuły wstępne o tym, że grawitacja to teoria stworzona przez rasistów i antysemitów.
Towarzysz Mazowiecki może w nieskończoność pogrubiać swoją kreskę, a Jaruzelski i tak nie zostanie od tego bohaterem narodowym tak jak na jego zawołanie moje żelazko nie zacznie fruwać, a Bambo się nie wybieli.

Pedał wymyśla relatywizm po to, by dostać taryfę ulgową na swoje zboczenie. Zrelatywizowany zboczeniec zostaje „kochającym inaczej”. Pederastia, nekrofilia, małżeństwo z kozą albo stosunek przerywany z rzodkiewką, to wtedy już nie zboczenia, ale równoprawne „opcje seksualne”. Wszystkie te „opcje” trzeba wpisać do konstytucji i bronić ich prawa do koegzystencji z tym, co kiedyś było normalne.
W konsekwencji o wszystkich równoprawnych „opcjach” nauczać się będzie dziatwę szkolną. Pedały znalazły w ten sposób drogę do rozmnażania. Nie mogą mieć dzieci drogą naturalną, chcą więc produkować sobie podobnych w szkołach, na lekcjach wychowania seksualnego. Tam będą deprawować młode umysły podsuwając im różne „opcje”.

Namawiam do zdecydowanego obywatelskiego sprzeciwu. Rodzice mają prawo nie życzyć sobie, by ich dzieci uczono zboczeń. Mają też prawo protestować przeciwko temu, by ich dzieci uczył facet o po - lakierowanych paznokciach. Wcale nie chodzi o to, że będzie on zaczepiał i deprawował nieletnich - na to na szczęście wciąż są paragrafy. Chodzi raczej o to jakie wzorce przekazuje się następnym pokoleniom.
Nauczyciel, to nie tylko katarynka do odbębniania programów podręcznikowych, to także ktoś dający osobisty przykład. Co o polskiej rodzinie, ostoi tradycji narodowej opowiadać będzie historyk z torebką? Jakim wychowawcą będzie ktoś, dla kogo normalną rodzinę stanowią dwa samce?

Homo nie nadaje się do nauczania większości przedmiotów:
- swoim życiem przeczy biologii i zoologii,
- ucząc śpiewu preferuje falsety,
- na wychowaniu fizycznym pożera uczniów wzrokiem,
- na wychowaniu plastycznym sam jest najbardziej nieestetyczny,
- na języku polskim scena z mrówkami w „Panu Tadeuszu” go zniesmacza, a nie śmieszy,
- na fizyce gotów jest pakować tłok do rury wydechowej
- itd.
Rodzice mają pełne prawo sprzeciwiać się nauczaniu swoich dzieci przez zboczeńców. Wychowawca o zrelatywizowanej moralności może nam nie odpowiadać. Niech sobie urodzi dzieci i wychowuje. Ja mu swoich chować nie pozwolę.

W tym miejscu słyszę zazwyczaj wielki wrzask o tolerancję. Otóż właśnie byłem tolerancyjny. Przecież tolerancja nie ma nic wspólnego z akceptacją.
To dwie jak najbardziej odmienne rzeczy. Proszę przejrzeć słowniki.
T - o - l - e - r - o - w - a - ć znaczy znosić coś z udręką, z wysiłkiem, bez zgody, aprobaty i akceptacji. Wyrażanie niesmaku jest więc tolerowaniem tego, co nas zniesmacza. Manifestowanie niechęci do zboczeńców też. Odmowa podania ręki też. Tolerancyjny jest też ten, kto pluje szui pod nogi. Nie ma w tym nic złego, ani niestosownego. Nietolerancja to dopiero napluć na buty.

Europejczycy zasłaniają się tolerancją, kiedy słyszą głos niezgody. Chcą nam w ten sposób odebrać prawo do sprzeciwu. Żądają przyzwolenia na wszystko co robią. Chcą zgody na każde świństwo. Mamy siedzieć cicho i tolerować. Tolerancja to ich Złoty Cielec.
Nie wolno nam jej stawiać na piedestał i mówić, że jest wartością ponad innymi. Na takie warunki godzić się nie godzi. To grzech i odpowiedzialność za współudział.
Tolerancja ponad wszystko??? Tolerancja jest wartością??? Tak? A czy wolno być tolerancyjnym dla chuligana, wandala, lenia, zdrajcy, pijaka? Czy wolno tolerować złodziejstwo, morderstwo, gwałt?

W szkole podstawowej, a potem ponownie w gimnazjum, musiałem wykuć na pamięć „Odę do młodości” Adama Mickiewicza. Tam są jasne odpowiedzi dla wszystkich, którzy mają wątpliwości, czy lepiej zwalczać swoje słabości, czy może lepiej je tolerować dając sobie moralne ulgi i usprawiedliwienia. Tam są też odpowiedzi dla tych, którzy wątpią, czy godzi się stawać do walki.

Razem, młodzi przyjaciele!...
Choć droga stroma i śliska,
Gwałt i słabość bronią wchodu:
Gwałt niech się gwałtem odciska,
A ze słabością łamać uczmy się za młodu!


Głęboki namysł nad powyższymi słowami Wieszcza polecam fanatycznym wyznawcom Św. Tolerancji, Św. Relatywy Moralnej i Św. Taryfy Ulgowej.


Won!


Won! - Rafał Ziemkiewicz - Felietony - Fakty w INTERIA.PL

Najpierw na celowniku organizacji homoseksualnych znalazł się Wojciech Cejrowski. Potem, po sławnym rysunku z kozą, Andrzej Krauze. A gdy w obronie Krauzego wystąpili Maciej Rybiński i redaktor naczelny "Rzeczpospolitej" Paweł Lisicki, to i oni.

Ofensywie homodziałaczy, domagających się agresywnie wyrzucenia Cejrowskiego z telewizji, a pozostałych z gazet, uniemożliwienia im wykonywania ich zawodów i w ogóle otoczenia ostracyzmem, jak zwykle towarzyszy jazgot "postępowego" elementu dziennikarskiego we wpływowych mediach.

Trzeba walnąć pięścią w stół i powiedzieć głośno i dobitnie: won!

Czego domagają się homoaktywiści? Oni sami twierdzą, że tolerancji. Wynika z tego, jedno z dwojga - albo, że nie rozumieją, co to słowo znaczy, albo świadomie kłamią.

Tolerować coś - to znaczy nie lubić tego, nie zgadzać się, uważać za złe, a mimo wszystko, w imię jakiś wartości (choćby był nią tylko święty spokój) godzić się, żeby to istniało i korzystało z równych z nami praw.

W takim sensie postulat tolerancji dla homoseksualistów jest oczywiście słuszny. W imię wspólnych wartości, na jakich opiera się nowożytna demokracja, żaden obywatel, jeśli nie czyni innym nic złego, nie może być ograniczany w przysługujących każdemu prawach. Jeśli ktoś, dajmy na to, zabroni Tomaszowi Raczkowi głosować bądź kandydować, albo wprowadzi jakiś cenzorski zapis na jego twórczość, albo wyrzuci go z pracy bez żadnych podstaw poza tą, że żyje z innym mężczyzną, pierwszy ruszę go bronić.

Ale to, żeby nikt nie był z racji swego homoseksualizmu dyskryminowany, aktywistom nie wystarcza. Oni chcą nie tolerancji, tylko akceptacji. Chcą wszystkim się podobać. I do tego, w porządku, też mają prawo. Proszę bardzo, niech się starają przekonać społeczeństwo, że można mimo seksualnej odmienności być normalnym człowiekiem, sąsiadem, pracownikiem.

Ale i tego homoaktywistom za mało. Oni chcą, żeby akceptowanie ich było obowiązkowe i żeby obejmowało wszelkie ich zachowania. Żeby, jak oni to nazywają, "gej" był wyjęty spod wszelkiej krytyki, żeby jego żądania były skwapliwie spełniane, a właśnie protestujący przeciwko temu byli dyskryminowani, rugowani z życia publicznego i karani.

I tu właśnie - pięścią w stół.

Podam przykład. "Genderowy" dodatek do "Gazety Wyborczej" zamieścił zdjęcie osobnika, który zablokował wybór Miss Ameryki (o czym swego czasu pisałem). Na zdjęciu widzimy typową przegiętą ciotę, przebraną w sutannę, którą ciota zadziera do obiektywu, pokazując różowe stringi i siatkowe pończochy. Owoż przyznaję sobie prawo, żeby móc powiedzieć publicznie iż jest to obrzydliwy pedryl, w najlepszym wypadku pajac, obrażający moje uczucia religijne i moje poczucie estetyki. A postępek, który zapewnił mu sławę, daje mi prawo nazwać go także cymbałem.

Podam inny przykład. W prasie światowej, zwłaszcza brytyjskiej, odżywa co i raz "news", jakoby wskutek prześladowań uciekło z Polski do Anglii przed dyskryminacją i prześladowaniami w ostatnich latach sto pięćdziesiąt tysięcy homoseksualistów.

Skąd te zdumiewające dane? Od niejakiego Roberta Biedronia, homoseksualisty z zawodu, działacza "kampanii przeciwko homofobii" i SLD. A skąd je wziął? Jak przyznał, przyciśnięty w tej sprawie, tak sobie wyliczył. Ponoć do Anglii wyjechało półtora miliona Polaków, a on uważa, że homoseksualiści stanowią 10 procent każdej populacji, więc 150 tysięcy. No a jak homoseksualiści wyjeżdżają z Polski, no to wiadomo, że uciekają przed dyskryminacją.

Otóż seksualne sprawy pana Biedronia nie dają mu immunitetu przed stwierdzeniem, iż plecie skończone bzdury, brednie dyskwalifikującego go jako uczestnika jakiejkolwiek poważnej rozmowy.

Są ludzie, którzy się tatuują albo wbijają sobie ćwieki w różne miejsca. Budzi to we mnie podobną odrazę, jak wspomniana ciota pokazująca różowe majtki. Nie absolutyzuję swojego gustu. Co tam się komu podoba - jego sprawa. Jak na razie nikt mi nie każe podziwiać wytatuowanych dziwadeł i cmokać z zachwytu nad kobietą obnoszącą w nosie stalowe kółko, jak jakaś świnia albo krowa. Nie szukam ich towarzystwa ani oni mojego, i to jest właśnie tolerancja. Usiłuje się natomiast mnie i większość normalnych ludzi zmusić do zachwycania się ciotą w różowych pończochach, a w każdym razie do milczenia, cokolwiek by ten czy inny perwers wyprawiał. I do używania dziwacznych, wymyślonych przez perwersów słów - "gej", homofobia" i tak dalej.

Otóż ani myślę ich używać, bo są fałszywe. Trudny do spolszczenia "gej" (zwykło się go tłumaczyć jako "wesołek", ale to mylące, bo "wesołek" to po polsku "dowcipniś", a tu chodzi o "człowieka, który prowadzi wesoły tryb życia") sugeruje, że każdy homoseksualista musi być pajacem pokazującym publicznie zadek, lewicowym aktywistą i osobnikiem seksualnie niewyżytym; w istocie obraża ono większość homoseksualistów.

Jeśli już mamy posługiwać się zapożyczeniem z angielskiego, mówię - to są perwersi, ludzie, którzy świadomie istotą swej tożsamości czynią naruszanie dobrego smaku, obyczajności publicznej, prowokowanie i seksualne podniecanie się tą działalnością. Odrzucam też kretyńską "homofobię", bo "fobia" oznacza irracjonalny lęk, a ja się różowej cioty nie boję, ja się nią zwyczajnie brzydzę, i nie ma w tym nic irracjonalnego.

Perwersi szermują argumentem, że jeśli nie podoba mi się jedna przegięta ciota, i jeśli uważam za politycznego szkodnika homoaktywistę, albo upieram się, że małżeństwo jest i zawsze będzie czymś więcej, niż konkubinat (zresztą tak samo konkubinat heteroseksualny) to znaczy że nienawidzę homoseksualistów w czambuł i wzywam do nienawiści.

Nic podobnego. Homoseksualizm jest mi głęboko obcy, a męski homoseksualny seks wydaje mi się odrażający - podobnie jak homoseksualiście równie odrażające wydałoby się zapewne to, co ja robię ze swą żoną. Dopóki jednak nie wedrą się między nas agresywni perwersi, stać nas na to, żeby nawzajem szanować swoją intymność i widzieć w sobie ludzi.

Homoaktywiści, których racją bytu i warunkiem pasienia się na unijnych dotacjach jest wywoływanie konfliktów, są w gruncie rzeczy naszym wspólnym wrogiem. Frekwencja na tegorocznej paradzie, czy raczej paradce równości pozwala mi wierzyć, że moje zdanie podziela także większość, że tak to ujmę, normalnych homoseksualistów.

Rafał A. Ziemkiewicz

źródło informacji: FELIETONY INTERIA.PL



6.18.2009

Jak działa PZLA

Jak działa PZLA


Wiele było już w polskiej prasie o niekompetencji władz poszczególnych związków sportowych. Sport w Polsce jest tak zorganizowany, że przed dyktatem wszechwładnych związków ciężko uciec - to one np. wyznaczają różnego rodzaju kadry narodowe i reprezentacje na duże imprezy. W trakcie Igrzysk w Pekinie temat przebił się na łamy prasy - było o pijaku śpiącym na olimpijskim trawniku, o alkoholizmie, o braku kompetencji, ludziach siedzących po kilkadziesiąt lat na jednym nadzorczym stołku.

Polski Związek Lekkiej Atletyki miał w tym swój znaczny udział. Bieganie.pl i inne media pisały o bulwersujących praktykach, jakie miały miejsce za kadencji poprzedniej prezes PZLA, Ireny Szewińskiej: nieprawidłowościach finansowych, niejasnych zasadach kwalifikacji na imprezy międzynarodowe, wybieraniu trenerów kadry według klucza koleżeństwa itp. W styczniu tego roku władze się zmieniły. Nowy prezes, Jerzy Skucha, obiecywał, że nadchodzą czasy jasnych kryteriów i przejrzystości działania PZLA. Niestety, z przykrością musimy napisać, że jeśli chodzi o sprawy personalne, związane z ustalaniem składu reprezentacji Polski, to tych zmian nie widać. Jest tak samo źle, jak było, ba - czasami PZLA działa w sposób jeszcze bardziej bezczelny, jeszcze bardziej drwiąc ze sportowców i kibiców niż miało to miejsce w poprzednich latach!

Kolejne skandale dotyczą wyboru zawodników reprezentujących nasz kraj w mistrzostwach świata, pucharze Europy oraz Drużynowych Mistrzostwach Europy. Są to prestiżowe zawody, dające zawodnikom możliwość atrakcyjnego wyjazdu, walki o wynik z najlepszymi na świecie oraz zdobycia państwowego stypendium w przypadku zajęcia dobrego miejsca. Kto jedzie na tego typu zawody? Wydawać by się mogło, że lekkoatletyka to sport wymierny, więc jedzie ten, kto ma najlepszy wynik. W praktyce - wyniki zawodnika nie mają większego znaczenia.

Opisywaliśmy już przypadek Michała Smalca - zawodnika amatora, który mimo codziennej pracy w aptece biega szybciej niż najlepsi zawodowcy, żyjący z biegania. Michała trenuje jego tata - i to jest najwyraźniej obiektem zawiści kadrowych trenerów. Michał miał problemy z wystartowaniem na Memoriale Janusza Kusocińskiego, który był kwalifikacją do Drużynowych Mistrzostw Europy, odbywających się pod koniec czerwca. Z niewiadomych przyczyn niewidzialna ręka rzucała mu pod nogi kłody - a to zwlekano z odpowiedzią, a to odmówiono noclegu. Michał w końcu przyjechał, również dzięki interwencji redakcji bieganie.pl - i był najlepszy z Polaków w biegu na 5000m. Z biegających obecnie zawodników ma najlepszy rekord życiowy na tym dystansie i najlepszy w tym roku wynik w Polsce. Myślicie pewnie, że to wystarczy, żeby reprezentować nasz kraj w prestiżowej imprezie? Mylicie się - zamiast Michała wyznaczono innego zawodnika, trenującego (cóż za przypadek!) pod opieką trenera kadry.

To nie pierwsza tego typu sytuacja - na niedawnym Pucharze Europy w biegu na 10 000m Polskę reprezentowało dwoje zawodników, którzy na Mistrzostwach Polski na tym dystansie zajęli miejsca... czwarte i ósme! Dlaczego nie ci, którzy byli szybsi? Nie wiadomo.

Jeszcze wcześniej - mieliśmy Mistrzostwa Świata w biegach przełajowych. Jakie były kryteria wyznaczenia reprezentacji na tę imprezę? Nie wiadomo.

Pytam publicznie prezesa Skuchę - Prezesie, co z publiczną, wielokrotnie powtarzaną obietnicą o tym, że w lekkiej atletyce zapanują nowe standardy? Dlaczego nadal nie ma jasnych kryteriów, regulujących tworzenie narodowej reprezentacji? Czy jako człowiek, mam nadzieję, honorowy, rozważa Pan podanie się do dymisji w związku z tym, że nie udało się Panu spełnić przedwyborczych obietnic? Czy nie jest panu wstyd, że w PZLA dochodzi do tak żenujących sytuacji jak ta z Michałem Smalcem, gdzie ewidentnie ktoś ma swój prywatny interes w tym, żeby na mistrzostwa Europy nie pojechał najlepszy obecnie polski zawodnik na konkretnym dystansie?

I jeszcze kilka pytań:

Kto jest odpowiedzialny za wyznaczenie składu reprezentacji na Drużynowe Mistrzostwa Europy oraz Puchar Europy na 10 000m?

Kto zadecydował o tym, że Michał Smalec nie jest w składzie reprezentacji na DME? Czy ta osoba ma na tyle honoru i odwagi, aby stanąć przed kibicami i wytłumaczyć tę nominację?

Jakie są kryteria wyznaczania kadr narodowych?

Co ma zrobić zawodnik, który nie ma trenera w kadrze, jest najlepszy w Polsce i chce reprezentować nasz kraj na zawodach międzynarodowych?

Zadaje te pytania publicznie, bo w PZLA nie można się czegokolwiek dowiedzieć: osoby odpowiedzialne za szkolenie albo nie odbierają telefonów, albo udzielają wykrętnych odpowiedzi i nikt nie przyznaje się do podejmowania jakichkolwiek decyzji.

Co gorsza, te żenujące decyzje osób zarządzających polską lekkoatletyką, finansowaną przecież z naszych podatków, odbijają się kibicom czkawką: start Polaków na Mistrzostwach Świata w Przełajach był jedną wielką porażką, podczas PE na 10000m wysłana zawodniczka nie ukończyła biegu, a polski zawodnik przybiegł pod koniec drugiej dziesiątki. Rok temu na Puchar Europy w biegu na 5000m również wyznaczono zawodnika z pominięciem wszelkich zasad zdrowego rozsądku (o tym też pisaliśmy) - i wynik był opłakany. Jak długo PZLA będzie drwiło z kibiców, zawodników?

Czy musimy czekać na kolejne wybory i kolejne obietnice wzięte z sufitu?






6.02.2009

Bruno ląduje na twarzy Eminema!

6.01.2009

Dlaczego wy Polacy jesteście Tacy Naiwni :)


DLACZEGO WY POLACY JESTEŚCIE TACY NAIWNI?

Pyta Carl Bederman były doradca Unii Europejskiej w Polsce w rozmowie z Danielem Pawłowcem.











Fot. MORO

"W momencie, gdy w Polsce brakuje pieniędzy na służbę zdrowia, naukę,
ratowanie hutnictwa i stoczni, tworzenie nowych miejsc pracy, nie można
przez parę lat wprowadzać w kraju standardów (dotyczących ochrony
środowiska- przyp. redakcja), na wdrożenie których Zachód miał 50 lat!"
Z informacji opublikowanych wynika, że polski przemysł tylko za
certyfikat zapłaci 100 miliardów złotych.

Jak zostaje się ekspertem Unii Europejskiej w Polsce?

W moim przypadku to było tak. Rozpisano konkurs na objęcie kierownictwa
realizacji projektu twinningowego związanego z przystąpieniem nowych
członków do UE (monitorowanie powietrza), który wygrałem. Odbyłem
szkolenia w Berlinie i Brukseli, po czym zostałem doradcą
przedakcesyjnym i wyjechałem do Polski.



Zanim został pan ekspertem uczestniczył pan w kursach na temat Polski i Polaków?



Nie, to było tylko jednodniowe szkolenie, które niewiele wniosło.
Polskę znam już od przeszło 20 lat z moich częstych podróży po niej.
Jestem też żonaty z Polką. Przed przyjazdem tutaj w roli unijnego
doradcy nauczyłem się też trochę waszego języka.



Czym są projekty twinningowe?

Projekty twinningowe polegają na tym, że przedstawiciele Unii i
administracji krajów-kandydatów wspólnie przygotowują zmiany w danych
krajach związane z planowaną akcesją. Ja przykładowo koordynowałem
pracę 15 unijnych ekspertów, którzy regularnie przylatywali do Polski,
aby prowadzić wykłady dla polskich urzędników.

Eksperci tacy
dostają za to horrendalne wynagrodzenia (pokrywa je sama Unia ze
środków, które się potem nazywa pomocą przedakcesyjną dla Polski), ale
i kraj, z którego przyjeżdżają, jest także dodatkowo za to przez Unię
opłacany. Dlatego tak chętnie wysyła się ekspertów na wschód. Nawet
czołowi politycy Piętnastki zabiegają o przydzielenie ich krajom tychże
projektów.



Potwierdza to tezę, że przedakcesyjna pomoc UE jest wydawana głównie na opłacenie unijnych ekspertów?

Tak to można ująć. Pewien bułgarski sekretarz stanu powiedział kiedyś,
że dotąd myślał, iż projekty twinningowe Unii są pomocą dla
krajów-kandydatów, teraz wie, że to samopomoc dla krajów Piętnastki. I
ma rację.



Po co więc byliście państwo przesłani do Polski, jeżeli Polacy potrzebowali konkretnych inwestycji a nie unijnych doradców?



Ponieważ Unia nie ma pieniędzy, a projekty z zachodnimi ekspertami są tanie i wyglądają, jak prawdziwa pomoc.



Dlaczego Unia pana zwolniła?



Stało się to po udzieleniu przeze mnie wywiadu "Super-Expressowi", w
którym mówiłem o wysokich zarobkach unijnych ekspertów, będących
trzydziestokrotnością wynagrodzeń ich polskich kolegów wykonujących tę
samą pracę. W sumie to olbrzymie pieniądze, które moglibyście zużyć w
dużo lepszy sposób, niż na diety dla zachodnich fachowców.



Jakie były Pańskie pierwsze wrażenia z pobytu w Polsce?

Tutaj na miejscu mogłem przekonać się o tym, że polskie standardy nie
są takie złe, jak najwyraźniej sądzi Unia, a Polakom nie brakuje
wiedzy, ale jedynie kapitału. W niektórych dziedzinach jesteście
nawet lepsi od Piętnastki. Przykładowo zarządzacie waszymi parkami
narodowymi lepiej, niż kraje UE. Wiele razy obserwowałem tą pracę i
oceniam ją bardzo wysoko. Mimo bardzo dobrej sytuacji na waszych
obszarach środowiskowo chronionych, Polsce zostanie narzucony system
unijny, taki chociażby jak system Natura 2000. Szczerze, to sensu tych
zmian nie widzę.

My mieliśmy dziesiątki lat na wypracowanie i wprowadzenie większości unijnych norm. Polacy
muszą zrobić to w ciągu bardzo krótkiego czasu i za olbrzymie
pieniądze, których tak bardzo potrzebujecie, aby dofinansować chociażby
służbę zdrowia, czy szkolnictwo.

Gdybyście w zamian za ten pośpiech przynajmniej otrzymali od Unii te obiecane przed laty 15-20 mld euro rocznie... Ale wy teraz musicie do niej dopłacać!











Fot. MORO

Jak możecie sprzedawać ziemie zachodnie? - to przecież taka wrażliwa
kwestia. Niemcy wracają dziś na swoje dawne tereny, nie muszą przy tym
nawet używać szabli, tylko czeków. Przyjęli przy tym nową strategię -
najpierw zmiękczyć was powodując wyrzuty sumienia (mówią: i wy byliście też sprawcami, to wy
odebraliście nam czwartą część naszego terytorium, z waszych rąk
zginęły setki tysięcy ludzi w czasie wypędzania milionów Niemców).
Potem zapewne dojdzie do dyskusji na temat układów granicznych - czy
były zgodne z prawem. Gdy wasz prezydent Aleksander Kwaśniewski mówił o
szczycie UE w Kopenhadze, że ta konferencja jest ważniejsza niż traktat
poczdamski, to nie ulega wątpliwości, że Erika Steinbach podskakiwała z
radości i teraz tylko czeka aż Polska znajdzie się w UE.

Jak to dopłacać? Przecież z wyliczeń jakie przedstawia polski
rząd wynika, że akces nam się opłaci, co prawda opozycja, czyli LPR i
inne ugrupowania narodowo-patriotyczne od dłuższego czasu to
kwestionują, ale rząd zdaje się tym nie przejmować.


Może nie odpowiem Panu na to pytanie bezpośrednio, ale niech sam Pan
powie jak zinterpretować to, że po zakończeniu rokowań, niemiecka
komisarz finansów UE, pani Michlina Schreyer wiwatowała nad własnym
zwycięstwem, że wyda na rozszerzenie Unii w pierwszych 3 latach tylko
czwartą część planowanej sumy. I to miały być rzekomo te twarde
rokowania?



Ale przecież w Polsce mówiło się, że z Millerem bardzo ciężko się rokowało ze względu na warunki jakie stawiał.

Powtórzę jeszcze raz. Kandydaci dostaną tylko czwartą część planowanej sumy na rozszerzenie. Warto to przemyśleć.



Jak więc Pan ocenia finisz negocjacyjny z Kopenhagi?

Tak jak międzynarodowa prasa. Żadnych ustępstw ze strony UE, całkowita
klęska Polski. Brytyjski "Times" napisał, że państwa Europy Centralnej
są tyranizowane przez klub państw do nich uprzedzonych, że Unia
Europejska spędziła ostatnie lata znęcając się nad Europą Środkową,
narzucając państwom tego regionu dziesiątki tysięcy szczegółowych norm.
Jestem również tego zdania.

Te nowe normy - 80 tysięcy stron przepisów, z tego 90 procent to
wynalazek brukselskich urzędników - to w większości bezsensowne zmiany
w Polsce w ogóle niepotrzebne. Tymczasem strona Polska jak zwykle
zgadza się na wszystko. Nie rozumiem, dlaczego wy jesteście
tak naiwni. Rozdęta unijna administracja wystawiła takie kryteria, aby
zneutralizować was jako przyszłych konkurentów oraz zdusić inicjatywę,
która uczyniłaby wasz ważny historycznie i ekonomicznie region
znaczącym. Konkurencja w Polsce jest systematycznie zgniatana.
Negocjacje ze strony Unii były prowadzone jak transakcja handlowa, a
nie jak integracja europejska, o jakiej przecież mówili wam od tylu
lat. Cały "sukces" Millera to trik księgowy - przesunięcie pieniędzy z
funduszy na rozwój rolnictwa na dopłaty bezpośrednie. Zgoda na
dofinansowanie rolnictwa z budżetu państwa jest też tylko trikiem
reklamowym, ponieważ nikt nie może tego zagwarantować, że takie środki
w ogóle się znajdą. Poza tym wszystko to dotyczy tylko dwóch lat, do
końca roku 2006, kiedy to zasady dopłat i tak się zmienią i może w
ogóle zostaną zaniechane. A przynajmniej, jak się planuje, zasady
przyznawania ich w Polsce się zmienią i będą wyglądać tak, jak w
obecnej Unii. Czyli dopłacać się będzie do produkcji, nie do areału, a
Unia zadecyduje, do jakiej produkcji w ogóle dopłaci. I oczywiście w
Polsce ciągle jeszcze nie pełne 100 procent.

W tym całym kopenhaskim przedstawieniu chodziło tylko o stworzenie
pozoru twardej walki i polskiego zwycięstwa, które rzekomo miało
przynieść wspaniałe warunki akcesji, a co za tym idzie uspokojenia
Polaków, którzy dzięki temu mieli w referendum zagłosować na TAK.



Jak to jest z tymi funduszami strukturalnymi?

W państwach członkowskich wykorzystuje się średnio 70 procent funduszy,
bowiem procedura do ich uzyskania jest zbyt skomplikowana. Przewiduje
się, że w Polsce będą one mogły być wykorzystane przez długi czas w
najwyżej 20 - 30 procentach. Najpierw trzeba bowiem mieć dobry plan i
własne środki finansowe, potem należy zebrać całą dokumentację,
wypełnić 50 stron ankiet i zanim sprawa zostanie rozstrzygnięta, mijają
z reguły miesiące. Gdy zezwolenie zostanie już udzielone, trzeba się
będzie liczyć ze skomplikowanymi kontrolami. To zdaje egzamin przy
projektach administracji publicznej, bo ludzie prywatni, a nawet
prywatne firmy zwykle nie dają sobie rady z tą papierkową robotą.

Dlatego właśnie przedakcesyjny program SAPARD jest tak mało
rozpowszechniony w Polsce. W UE około 30 procent rolników zrezygnowało
z wcześniejszych rodzajów upraw, czy hodowli i zajmują się tylko tym za
co można dostać dopłaty bezpośrednie. W Niemczech mieliśmy po wojnie
1,5 mln gospodarstw rolnych, teraz mamy 300 tysięcy. Reszta
zrezygnowała z pracy na roli.



Jak Pan ocenia polskie negocjacje, czy pańskim zdaniem został obrany właściwy model rozmowy z urzędnikami UE?

Na zachodzie wszystko się kręci wokół pieniądza. Wszyscy tamtejsi
politycy wiedzą doskonale, że dopóki fabryki działają i ludzie pracują,
dopóty panuje spokój. Najważniejszym celem jest wzrost gospodarczy.
Kiedy w Brukseli pojawiają się pomysły nowych standardów, nasze lobby
przemysłowe zawsze trzyma rękę na pulsie, żeby nie było to zbyt
obciążające dla gospodarki. Każda wielka firma ma biuro w Brukseli i
dba o parlamentarzystów, aby ci dbali również o ich interesy.

Polscy negocjatorzy popełnili błąd już na samym początku rokowań. Dali
odczuć eurobiurokratom, że wstąpienie do Unii Europejskiej jest
szczytem polskiej polityki państwowej.

Myślałem, że Polacy
są sprytni i będą postępować z UE tak chociażby, jak Grecy. Oni kilka
razy odmówili przystąpienia do Unii i tym sposobem wynegocjowali kilka
mld euro dodatkowo. Dlaczego
Polska nie traktowała negocjacji tak, jak inne kraje? Wystarczyłoby dać
Brukseli do zrozumienia, że macie alternatywę dla akcesu, chociażby
miało by to być nie przystąpienie do UE.



Niewiele się u nas o tym mówi, ale państwa UE zabezpieczyły się w
Traktacie Akcesyjnym tak zwaną klauzulą ochronną właściwie od
wszystkiego. Polscy politycy wydaje się, że starają się bagatelizować
ten fakt. Czy mają rację sądząc, że ma ona znaczenie marginalne?


Zapis o klauzuli ochronnej to po prostu skandal. Jeżeli państwa
członkowie będą miały wrażenie, że u nowych członków unijne standardy
nie są wprowadzane w zadawalający sposób, to w tej dziedzinie mogą
zabrać nowym członkom prawo do głosowania w gremiach UE.

Nie mogę tego pojąć dlaczego
o tym nikt u was nie dyskutuje? Kiedyś w TV Puls próbowałem wyrazić
moje zdziwienie, ale polscy rozmówcy najwyraźniej bali się poruszać
tego tematu.



Klauzule ochronne zakładają też wstrzymanie unijnej pomocy w
danym obszarze. Nie wiem czy dobrze rozumuję, ale czy to nie oznacza,
że jeżeli Unii się nie spodoba, że polska żywność zdobywa jej rynki to
urzędnicy mogą stwierdzić, że polskie rolnictwo nie trzyma standardów
unijnych i może wyłączyć Polskę ze Wspólnej Polityki Rolnej. Oznacza
to, że polscy rolnicy nie otrzymają nawet 1 euro jakichkolwiek dopłat?


Dobrze Pan rozumuje. Ten zapis właśnie to oznacza.



Czy sądzi Pan, że deklaracje o zachowaniu suwerenności narodowej
i kulturalnej mają jakiekolwiek znaczenie dla Unii. Czy te wartości
zostaną uszanowane przez Brukselę?




Do tej pory słyszałem w Polsce od propagandystów unijnych raczej to, że
każdy euroskeptyk jest staromodnym sarmatą, a suwerenność to
przestarzałe pojęcie. Takie nastawienie jest oczywiście bardzo
fałszywe. Może polscy propagandziści prounijni słyszeli kiedyś podobne
slogany z Brukseli i wzięli je bardzo na serio. Problem w tym, że w
żadnym z krajów Piętnastki nikt nie zamierza rezygnować ze swoich
narodowych interesów, stąd też ciągłe kłótnie w Unii. Tylko polski rząd
nie był jak dotąd w stanie zadbać o interesy własnego kraju, a w zamian
za to próbuje mydlić oczy Polakom jakimiś oświadczeniami, których nikt
w Unii nie bierze nawet na serio. Europa Zachodnia to dekadencja
powstała z pseudoliberalizmu. Nie jest to co prawda zjawisko kierowane
centralnie przez instytucje UE, wywodzi się ono raczej z materialnego
nastawienia, jednak właśnie ten materializm jest podstawą
funkcjonowania Unii. Podporządkowując się mechanizmom nakręcającym
działanie UE, istnieje dla Polski naturalnie niebezpieczeństwo tej
samej degeneracji.



Wracając do spraw związanych ze środowiskiem. Mówi Pan, że to
właśnie one zrobią prawdziwy drenaż w polskich kieszeniach. Czy mógłby
Pan to jakoś skonkretyzować?


Po pierwsze sprostujmy jedno: tu nie chodzi generalnie o normy - czyste
powietrze i czysta woda są z pewnością warte inwestycji, a standardy, o
których mowa powstały i są stosowane też na Zachodzie. Nie mają one też
same w sobie na celu hamowania rozwoju gospodarczego. Cały problem
polega na tym, że każdy kraj powinien sam decydować o tym, kiedy i
gdzie wydawać na to swoje pieniądze. Unia natomiast wymaga
natychmiastowego dorównania do niej. W momencie, gdy w Polsce brakuje
pieniędzy na służbę zdrowia, naukę, ratowanie hutnictwa i stoczni,
tworzenie nowych miejsc pracy, nie można przez parę lat wprowadzać w
kraju standardów, na wdrożenie których Zachód miał 50 lat! Czemu nikt
się tym wymaganiom nie sprzeciwia?



Można by to pytanie odwrócić, dlaczego w ogóle Unia wymaga tego od nas?



Ponieważ Polska nie może stać się konkurencją dla istniejących już na
Zachodzie zakładów przemysłowych, co przykładowo mogłoby się stać,
gdyby nie wprowadziła tak szybko, jak się od niej tego wymaga, nowych
standardów ochrony środowiska. Koszty produkcji w Polsce nie mogą być
niższe niż na Zachodzie i zagrażać tamtejszemu przemysłowi. To są
przede wszystkim cele Unii.

Ale sprawa środowiska to nie jedyny unijny "sposób" na polskie
przedsiębiorstwa. Z tego co już wiemy i zdążyliśmy zaobserwować to
firmy unijne stosują u nas na skalę masową politykę dumpingową. Czy Pan
również zaobserwował tego typu zjawisko?


Oczywiście. Weźmy chociażby produkty rolnicze. Unia już teraz importuje
do Polski produkty, które subwencjuje, a tymczasem polskim rolnikom nie
chce dac takich samych warunków jakie mają rolnicy zachodnimi.
Najlepiej obrazuja to nierówności w dopłatach bezpośrednich. Czy to są
równe szanse? Nawet dziecko to Panu powie, że nie.

Wracając do dumpingu. To jest to już normalna procedura wśród liczących
się kapitałowo firm, które zdobywają nowe rynki zbytu. Odbywa się to w
ten sposób, że w pierwszych latach rezygnują oni całkowicie lub
częściowo z zysków, tylko po to, aby zlikwidować konkurencję, nie
mogącą sobie na podobne posunięcia pozwolić z braku własnego kapitału.
Po upadku konkurencji ceny wzrastają i zyski są nadrabiane z nawiązką.



Wiadomo, że po akcesie do UE nastąpią w Polsce jakieś zmiany.
Według prounijnej propagandy zmieni się nam na lepsze. Między innymi
wzrośnie poziom życia. A Pan jak sądzi?




Sytuacja finansowa nie poprawi się. Dziury w budżecie będą łatane na
zasadzie szukania jeszcze czegoś do sprzedania jako tak zwana
prywatyzacja. Obawiam się, że obecna nieprzeparta chęć waszego rządu do
całkowitego podporządkowania się Unii, jeszcze bardziej się pogłębi i
wszelkie niepowodzenia będą spychać na konto UE - byleby wygrać
następne wybory, albo zapewnić sobie wygodne stołki w Brukseli.



A co to oznacza dla przeciętnego Kowalskiego. Jak Pan sądzi, co się na przykład będzie działo z cenami?

Doświadczenia innych krajów pokazują, że ceny po integracji wzrastają.
To jasne, rynek zapełnia już dzisiaj towar zachodni, który w dużej
mierze wyparł produkty krajowe dzięki dumpingowym cenom poniżej
prawdziwej wartości tychże towarów. Po ewentualnym przystąpieniu Polski
do Unii nie będzie już potrzeby zaniżać tych cen, zachodnie towary będą
kosztować tyle, ile kosztują też na Zachodzie - czyli więcej
(niejednokrotnie podwójnie).



Ale z tego co mówią rządowi i prezydenccy eksperci płace również
wzrosną i w niedługim czasie wyrównają się poziomy zarobków w UE i w
Polsce...




To nie tak. Rzeczywiście w Polsce pojawiło się przedziwne stwierdzenie,
że po akcesji zrównają się polskie płace z tymi na Zachodzie.
Zastanawiam się tylko skąd taki pomysł? Przeciętny robotnik w
Portugalii zarabia 1,5 razy więcej niż w Polsce, ale daleko mu do tego
z Niemiec, czy Wielkiej Brytanii. A przecież Portugalia jest w Unii
Europejskiej już od 16 lat. I nawiasem mówiąc daje ona sobie jako tako
radę tylko dzięki turystyce - to jest tajemnica bogactwa Portugalii,
ale przecież nie zawdzięcza ona tego UE.



No właśnie, Polska ze względów geograficznych raczej na potęgę
turystyczną nie wyrośnie. Nie znajdą się nowe miejsca pracy w
turystyce. Przemysł także upada, rolnictwo ma być zrestrukturyzowane,
co oznacza kolejne rzesze bezrobotnych na wsi. Co więc z tak zwanymi
społecznymi kosztami integracji?












Fot. MORO

Po akcesji wybierze się gospodarstwa przeznaczone do natychmiastowej
likwidacji poprzez wyśrubowane, niemożliwe do spełnienia normy
jakościowo-higieniczne. Ich właściciele zostaną wyeliminowani, jako
niezdolni do działalności rynkowej. Spośród większych gospodarstw
rolnych wyszuka się następnie te, które będą miały szanse na
przetrwanie w warunkach unijnych. Główna pomoc unijna skoncentruje się
na nich w liczbie 100-200 tysięcy Między ich właścicieli zostaną
rozdzielone najbardziej wpływowe pozycje w związkach zawodowych i
organizacjach gospodarczych, aby stamtąd prowadzili propagandę na rzecz
nowej polityki rolnej, a sobie zapewnili dodatkowe korzyści.

Polska, jako członek Unii, nie będzie miała prawa do sprzeciwu i będzie
zmuszona wprowadzać w życie coraz to nowe standardy unijne. Niektóre z
nich są tylko drogie i niepotrzebne, inne wręcz stwarzają śmiertelne
niebezpieczeństwo dla Polski. Mam tu na myśli chociażby tak zwaną
zdrową redukcję waszego górnictwa - musicie przeprowadzić w ciągu kilku
lat zmiany, które u nas trwały przez dziesięciolecia, od początku lat
60-tych. Polega to na odchodzeniu od węgla i przechodzeniu na inne
źródła energii - nazywa się to zdrowym "zakończeniem" dla górnictwa
węglowego. Wszystkie tak zwane węglowe kraje europy zachodniej, czyli
Niemcy, Francja, Belgia i Anglia, kierują się tylko i wyłącznie
własnymi, narodowymi interesami. Ignorują w tym względzie przepisy
Brukselskie mające zapobiec lub zredukować narodową protekcję chroniącą
własne górnictwo, albo wywierają na Brukselę tak długo nacisk aż godzi
się ona na żądania tych państw. Tylko w Polsce wszystko wygląda
inaczej. Tutaj Komisja Europejska miesza już od podpisania układu
stowarzyszeniowego, czyli od roku 1991. Ani słowa o ustępstwach na
korzyść efektywnej polityki węglowej, która umożliwiłaby Polsce, jak to
się działo na przykład w Niemczech czy Francji, tak zwany proces
zdrowego zakończenia górnictwa węglowego i rozciągnięcie go na wiele
lat.

Zamiast tego pojawiają się tylko dobrze znane ogólne frazesy o
przyszłej wspólnej polityce energetycznej wszystkich krajów
członkowskich UE, o zasadniczej wolności rynkowej dla wszystkich
rodzajów energii na wewnętrznym rynku Unii, ale ze szczególnym
uwzględnieniem problematyki środowiskowej w stosunku do węgla. Jak
widać - to tylko bardzo ogólne przepisy. Niestety dla Polaków, ze
strony waszego rządu nie ma w tym zakresie oporu.



No właśnie, a jak to wygląda chociażby w Niemczech?



Nasze kopalnie zawarły w latach 60-tych "układ stulecia", który
nakazywał naszym elektrowniom używać węgiel z niemieckich kopalń.
Niemieckie elektrownie są zobowiązane do tego do dziś. Podobnie zresztą
niemiecki przemysł stalowy, który jest zobowiązany do wykorzystywania
przede wszystkim niemieckiego węgla koksującego. Gwarancja tych
kontyngentów pozwoliła na przetrwanie już 40 lat na wysokim poziomie
niemieckiego przemysłu węglowego i pozwalają na jego "zdrowe
zakończenie". Komisja Europejska w Brukseli od początku utrudniała
oczywiście realizację tego procesu, próbowała temu zapobiec, ale jej
się nie udało. W drugiej połowie lat 60-tych, kiedy pozycja Niemiec
była słabsza niż dziś, dochodziło nawet do wielkich sprzeczek z
organami Wspólnoty. Uspokoiły się one dopiero na skutek niemieckiego
nacisku podczas kryzysu paliwowego w 1973 roku. Jak zwykle Unia uległa,
gdy poczuła zdecydowany opór. Dla Niemiec było to pierwsze znaczące
doświadczenie, że Brukselę można z łatwością zmusić do zmiany
stanowiska, gdy tyko zdecydowanie broni się swoich narodowych
interesów. Osobiście mam wrażenie, że czym bardziej Bruksela musi
ustępować dużym krajom członkowskim, takim jak Niemcy, Anglia czy
Francja, tym bardziej dla zrównoważenia swej pozycji chce odgrywać rolę
wyroczni w stosunku do słabszych krajów takich jak Polska. Zresztą Polacy
się do tego przyczyniają swoją postawą, która sprawia takie wrażenie,
jakby przystąpienie Polski do UE było dla was wielkim honorem.

Jeśli w Polsce chciałoby się zawrzeć podobny układ z producentami
prądu, to nie można ich naturalnie przedtem sprzedać za granicę.
Należałoby tę gałąź przemysłu zatrzymać we własnych rękach.



Czyli błędem było sprzedanie w niemieckie ręce warszawskiego STOEN-u?



Poprzez sprzedaż STOEN-u niemieckiemu gigantowi elektrycznemu e.on -
partnerowi "układu stulecia" o przeróbce niemieckiego węgla kamiennego
na prąd, powstała ta groteskowa sytuacja, w której polski odbiorca
prądu współfinansuje niemieckie górnictwo, w tym samym czasie, gdy
zamyka się polskie kopalnie.



To znaczy, że niemieckie przedsiębiorstwo, które kupiło STOEN też jest zobowiązane do produkcji prądu z niemieckiego węgla?

Tak, oczywiście. Nie da się tego uniknąć. Może więc dojść do sytuacji gdy będziecie używać prądu z Niemiec.



Kiedy rozmawiamy o UE to często ocieramy się o Niemcy, jaką rolę ogrywają oni w UE?

Jesteśmy największym płatnikiem netto, ale mamy też korzyści z UE -
zarabiamy tam, gdzie Unia kontroluje warunki ekonomiczne i rząd
narodowy nie może tego zmienić. Na wolnej wymianie towarów i usług
skorzystamy przede wszystkim my, bo mamy kapitał. Jeśli będziecie
chcieli cokolwiek zakupić dla państwa, przykładowo 1000 samochodów dla
policji, Polska jako członek Unii będzie musiała zorganizować przetarg
w całej Europie. Skorzysta na tym najsilniejszy, bo w razie potrzeby
będzie mógł zaniżyć cenę, aby zlikwidować konkurencję. Podobnie będzie
przy przetargu na budowę nowego mostu nad Wisłą. Polski rząd nie będzie
mógł zadecydować, że wybuduje go polska firma, aby zmniejszyć
bezrobocie. Gdy będziecie w Unii nie będziecie mieć takiej możliwości -
musicie rozpisać przetarg. Oczywiście możecie też wy
budować mosty w Hiszpanii, ale macie taki kapitał? Macie doświadczenie
w unijnych procedurach? Potraficie przejść przez unijną procedurę
przetargową? Mam poważne wątpliwości.



Niemcy aktualnie mają poważne problemy budżetowe. Nie jest
tajemnicą, że swego czasu były plany, aby nie były już płatnikiem netto
do unijnego budżetu. Teraz jakoś ciszej o tym, mimo, że problemy
budżetowe rządu Schroedera są zdecydowanie większe teraz niż przed
trzema laty.




Kiedy w roku 2000 odbywały się ostatnie rozmowy na temat finansów Unii,
kanclerz Niemiec zastrzegł sobie możliwość obniżenia niemieckich wpłat.
Zrezygnował jednak po argumencie, że poprzez rozszerzenie na wschód i
tak sobie suto te wpłaty wynagrodzi. Tak więc Niemcy płacą dalej i
czekają na przystąpienie nowych krajów, a przede wszystkim Polski, do
Unii. Już teraz dzięki otwarciu polskich granic dobrze zarabiają, a w
przyszłości, po akcesji, liczą na jeszcze więcej.



Kto najbardziej skorzysta na rozszerzeniu Unii?

Mówi się o tym, że Niemcy. Ale oczywiście na korzyści liczą wszystkie
kraje Piętnastki. W każdym razie, na pewno nie nowi członkowie. Czy
wierzycie w to, że Unia tak napierałaby na rozszerzenie, gdyby tylko
wam chciała pomóc? Czemu staje się taka nerwowa, widząc, że poparcie
dla niej wśród krajów kandydujących maleje? Gdyby miała to rzeczywiście
być altruistyczna pomoc, to nie stawiałaby warunków i to tak surowych,
jak obecne. Dałaby wam czas na humanitarne reformy, nie zalewała by was
swoimi subwencjonowanymi towarami, a otworzyłaby własne rynki szeroko
na wasze produkty, żeby postawić wasz przemysł na nogi. Rolnicy
dostaliby nie tylko 100 procent dopłat, ale i więcej, gdyż ich sytuacja
jest o wiele trudniejsza od sytuacji rolników zachodnich i żeby stać
się na nowym rynku konkurencyjnym musieliby najpierw dużo więcej
zainwestować. Długo można by jeszcze o tym mówić.



Czyli postępowanie to jest szczególnie perfidne ze strony Niemców?

Nie wyróżniam tu szczególnie Niemców, ale są oni najbardziej
zainteresowani rozszerzeniem Unii ze względu na swoją granicę wschodnią
i południowo wschodnią. Trudno też mówić o perfidii, gdy politycy po
prostu wykorzystują waszą naiwność, dbając o własne interesy. Skąd u
was to przekonanie, że obcy lepiej zadbają o wasz kraj, niż wy
sami? Skąd to przekonanie, że gdy wejdziecie do Unii, to ona już się
wami zajmie i wszystko naprawi? Jeśli wystarczy wam to, co opowiadają
unijni politycy o wspólnym domu Europie, a sami nie widzicie, co za
tymi słowami się kryje, to nie możecie tu mówić o perfidii Zachodu...



Głośna swego czasu była w Polsce kwestia wykupu ziemi...



Jak możecie sprzedawać własną ziemię obcym? Jak możecie sprzedawać
ziemie zachodnie? - to przecież taka wrażliwa kwestia. Pięćdziesiąt
osiem lat to nie jest długi okres historii. Niemcy wracają dziś na
swoje dawne tereny, nie muszą przy tym nawet używać szabli, tylko
czeków. Przyjęli przy tym nową strategię - najpierw zmiękczyć was
powodując wyrzuty sumienia (mówią: i wy byliście też sprawcami, to wy
odebraliście nam czwartą część naszego terytorium i to wbrew prawu
narodów, z waszych rąk zginęły setki tysięcy ludności cywilnej w czasie
wypędzania milionów Niemców). Potem zapewne dojdzie do dyskusji na
temat układów granicznych - czy były zgodne z prawem, czy nie. W każdym
razie, gdy wasz prezydent Aleksander Kwaśniewski mówił o szczycie UE w
Kopenhadze, że ta konferencja jest ważniejsza niż traktat poczdamski,
to nie ulega wątpliwości, że Erika Steinbach szefowa niemieckich
ziomkostw podskakiwała z radości i teraz tylko czeka aż Polska znajdzie
się w UE.



Komu najbardziej zależy na wykupie polskiej ziemi?

Nowemu typowi rolnika - "Tiefladerbauer" - rolnik-ładowarka. Taki
rolnik jeździ wraz ze swoim ciężkim sprzętem po całej Europie, gdzie
tylko znajdzie większy kawałek ziemi pod uprawę. Można to było
zaobserwować na przykładzie byłej NRD, gdzie wielkie obszary PGR-owskie
doskonale nadawały się na taką gospodarkę. Rolnik dzierżawił ziemię
tam, gdzie była najtańsza, setki, tysiące hektarów. Na tej ziemi
uprawiał rolnictwo w nowym stylu. Najpierw na wiosnę przez dzień
przytaczał swój ciągnik, aby orać i siać. Potem, latem nawoził i
spryskiwał stosując tak zwaną "maczugę chemiczną". Ostatni akord to
jesień - kiedy rolnik-ładowarka przyjeżdżał na zbiory.

Ziemia uprawiana z taką ilością chemii oczywiście jałowieje i po kilku
latach staje się bezużyteczna, ale to owego rolnika nie interesuje, bo
przecież to nie jest jego własna ziemia, a on może przenieść się dalej.
Mistrzami w uprawianiu tego typu rolnictwa są Niemcy i Holendrzy. Teraz
w Europie robi się takim rolnikom coraz ciaśniej, dlatego szukają
miejsca na Wschodzie Europy - czyli w pierwszym rzędzie w Polsce.



Oni nie tylko rujnują nasze gleby, dodatkowo dzieje się to na nasz rachunek...

Tak, bo przecież produkują w ramach kontyngentów referencyjnych w
ramach wspólnej gospodarki rolnej. Holender, który ma ogromną liczbę
krów produkuje i sprzedaje mleko z waszych marnych 8,9 mln kontyngentu.




Jakie w takiej sytuacji widzi Pan wyjście dla Polskiego rolnictwa?

Nie jestem powołany do podawania gotowych recept na ratowanie polskiego
rolnictwa. Jestem tu tylko gościem i mogę jedynie przedstawiać moje
przemyślenia na ten temat. Zresztą polscy rolnicy sami to wiedzą
najlepiej.

Według mnie, uzdrowienie polskiego rolnictwa powinno zacząć się od jego
renacjonalizacji - Polski rynek dla Polskich rolników. Należałoby też
zamknąć granicę. Wolny handel powinien dotyczyć tylko przemysłu. W
dziedzinie rolnictwa Polska powinna robić to co Unia robi od 50 lat -
zamknąć granicę i chronić własne rolnictwo. Polacy muszą przede wszystkim pozostać samowystarczalni w zakresie produktów rolnych.

W tym momencie ujemny bilans handlowy powinien radykalnie się
zmniejszyć. Będzie to znak dla Zachodu. To jest oczywiście nierealne,
jeżeli staniecie się członkiem UE.

Przez 50 lat cierpieliście dość i jest to niesprawiedliwe, aby Zachód
czerpał korzyści z takiej sytuacji, żeby próbował leczyć własne
rolnictwo, nadwyrężone fałszywą polityką unijną, waszym kosztem. Tę
agrarną politykę Brukseli uważa się bowiem za jedno z najbardziej
fatalnych posunięć politycznych czasów powojennych. Na całym Zachodzie
wśród rolników rośnie opór przeciwko dekretom unijnym i żąda się zmian.
Przede wszystkim kraje członkowskie dążą do odzyskania wpływu na własną
politykę rolną. Swego rodzaju paradoksem jest to, że właśnie w tym
momencie Polska chce przejąć ten przestarzały model unijny i
podporządkować się regułom, które doprowadziły do regularnie
powtarzających się skandali żywnościowych.



Czemu złym rozwiązaniem są duże gospodarstwa rolne?

Przede wszystkim traci na tym jakość produkowanej żywności. Niech
przypomnę tragiczną w skutkach także dla ludzi chorobę szalonych krów
tak zwane BSE. Ta masowa produkcja żywności w dużych gospodarstwach
rolnych - fabrykach staje się wręcz zagrożeniem dla naszego zdrowia.



Dlaczego mniejsze gospodarstwa mają być lepsze od większych?

Nie twierdzę tu, że czym mniejsze gospodarstwo, tym lepsze. Ale po
pierwsze macie obecnie w Polsce przeważającą część małych gospodarstw i
po wymaganym przez Unię ich przejęciu przez większe, rolnicy, którzy do
tej pory z nich żyli pozostaną bezrobotni. Tu chodzi o 9 mln ludzi w
najbliższych 20-30 latach. Dokąd oni mają pójść, skoro bezrobocie w tym
kraju wynosi już teraz prawie 20 procent, a w niektórych regionach
dochodzi do 40procent? Czy nie lepiej zatrzymać ich na ich własnej
ziemi i pozwolić im żyć, jak dotąd, z pracy na swoim, nawet, jeśli będą
produkować w większości tylko na własny użytek? Do tego stworzyć szansę
na rozwój i ulepszanie gospodarstw poprzez odpowiednio skierowaną pomoc
państwową, chociażby w postaci tanich kredytów, a nie tak zwanej
unijnej pomocy polegającej na konieczności współfinansowania. Da to
szansę też młodym wykształconym rolnikom, również tym bez kapitału,
chociażby po to, aby wasza ziemia została w waszych rękach! Po mału!
Tak jak u nas przykładowo przez 50 lat, a nie z dzisiaj na jutro, jak
wymaga tego Unia, skrystalizuje się naturalna forma zdrowych
gospodarstw rolnych.

Po drugie to duże gospodarstwa rolne najwyraźniej korzystają z polityki
agrarnej Unii. One bowiem mają kapitał, który umożliwia im dalszy
wzrost i odpowiednie wykorzystanie funduszy unijnych. W dużej mierze
zależy to od polityki państwa, czy będzie wspierać te duże jednostki,
czy całe społeczeństwo wsi.



Czy w Polsce jest przyszłość dla gospodarstw niskotowarowych,
czyli takich, które produkują przeważnie na własne potrzeby z niewielką
nadwyżką na sprzedaż?


W przypadku przystąpienia Polski do UE - nie. Wprawdzie nikt nie
przeszkodzi rolnikowi mieć tylko jedną krowę, to jednak dzięki
standardom unijnym, które zmuszają go do coraz bardziej niemożliwych
dla niego inwestycji, nie będzie on mógł sprzedawać mleka. Oznacza to,
że praktycznie nie będzie mógł zdobywać dla siebie środków do życia
tak, jak robił to dotychczas.



Czy w nowym modelu rolnictwa powinno być miejsce dla takich gospodarstw?

Tak. Oczywiście, pod warunkiem, że zagwarantujemy im możliwość
sprzedaży ich produktów. Przykładowo na Zachodzie coraz więcej ludzi
zaczyna zwracać uwagę na zdrową, ekologiczną żywność. W miarę rozwoju
gospodarczego Polski stanie się ona i tutaj poszukiwana, a jak dotąd
jest to możliwe przede wszystkim w małych gospodarstwach - nie ilość, a
jakość będzie się liczyć.



Co więc stanie się z polską wsią po ewentualnym akcesie?

Najpierw wybierze się gospodarstwa przeznaczone do natychmiastowej
likwidacji poprzez wyśrubowane, niemożliwe do spełnienia normy
jakościowo-higieniczne. Ich właściciele zostaną wyeliminowani, jako
niezdolni do działalności rynkowej.

Spośród większych gospodarstw rolnych wyszuka się następnie te, które
będą miały szanse na przetrwanie w warunkach unijnych. Główna pomoc
unijna skoncentruje się na tych właśnie gospodarstwach w liczbie
100-200 tysięcy Między ich właścicieli zostaną rozdzielone najbardziej
wpływowe pozycje w związkach zawodowych i organizacjach gospodarczych,
aby stamtąd prowadzili propagandę na rzecz nowej polityki rolnej, a
sobie zapewnili dodatkowe korzyści. Mniejsze gospodarstwa nie
wytrzymają konkurencji i przestaną istnieć.



Mówi Pan o tym na podstawie tego co się działo w Dolnej Saksonii?

Tak. Tam, gdzie się urodziłem mieliśmy wtedy 35 gospodarstw rolnych,
teraz zostało tylko jedno. Gospodarz ten musi być ponadto bardzo
ostrożny w swych kalkulacjach, aby nie zbankrutować.



Jaki jest model rolnictwa w UE?

Założeniem polityki europejskiej, po latach głodu w czasie II Wojny
Światowej, była samowystarczalność Europy w zakresie produkcji rolnej.
Jednak szybko zamieniło się to w nadprodukcję, która od wielu lat
zaprząta głowę UE. Składowanie tych zapasów kosztuje miliardy euro.
Unia próbuje pozbywać się tych zapasów sprzedając je na rynku
światowym, ale ma w tym silną konkurencję ze strony USA, Kanady czy
Australii.

Tendencja w unijnym rolnictwie jest taka: albo ciągłe powiększanie gospodarstw, albo rezygnacja.



Dlaczego jest tendencja do powiększania gospodarstw?

Bo w opinii eurourzedników inaczej nie da się ekonomicznie pracować.
Ceny żywności dyktuje przemysł przetwórczy i aby utrzymać ceny na tak
niskim poziomie, rolnicy muszą coraz bardziej mechanizować i chemizować
produkcję, jednocześnie zwiększając wielkość swoich gospodarstw, aby w
ogóle móc z nich wyżyć.

Natomiast przemysł przetwórczy, aby zachować swoje zyski przy coraz to
większej konkurencji światowej, szuka nowych tanich dostawców. Znalazł
je na wschodzie Europy. Oczywiście oni nie otrzymując tych samych
subwencji, co rolnicy Zachodu, bo w krótkim czasie wyrównaliby ceny,
nie mają szans. To jasne, że w daniu Polakom tych samych szans nikt na
Zachodzie nie jest zainteresowany.



Jak Pan sądzi w jakim kierunku podąży polskie rolnictwo?

W przypadku podporządkowania się unijnej polityce rolnej, oczywiście w
podobnym, co unijne. Z tą różnicą, że wam grozi przejęcie waszej ziemi
przez obcokrajowców (co zresztą już się zaczęło), a waszym rolnikom -
wywłaszczenie i bezrobocie.



Ile gospodarstw rolnych zostanie w Polsce?

Nikt tego nie wie, to wielka tajemnica polskiego rolnictwa i uporu
polskich rolników, jak długo wytrzymają naciski Unii. Ale jeżeli
weźmiemy za przykład Niemcy i założymy taki sam "rozwój" rolnictwa,
jaki nastąpił tam po wojnie, to możemy otrzymać następujące wielkości:
w Niemczech z rolnictwa utrzymuje się obecnie 3 procent ludności
(jeszcze 50 lat temu 23 procent), to oznaczałoby, że w Polsce dążyć się
będzie do redukcji zatrudnienia w rolnictwie do około 1,3 miliona osób
- obecnie liczba ta wynosi10 mln. Spośród 2 milionów gospodarstw
rolnych za 20-30 lat pozostanie jedynie kilkaset tysięcy.



Jest pan Niemcem - dlaczego tak bardzo przejmuje się pan losem Polski i Polaków?

Jestem przyjacielem Polski. Moje sumienie nie pozwala mi milczeć, gdy
widzę tyle podłości i zakłamania w stosunku do waszego kraju. Czuję po
prostu, że muszę zrobić wszystko, żeby otworzyć wam oczy na unijną
rzeczywistość.

Jako były doradca unijny, który mógł obserwować wydarzenia w Polsce,
wiem, że ostrzeżenia waszych najlepszych głów przed wyprzedażą Polski
zachodowi i przed przystąpieniem do Unii są w pełni uzasadnione.
Słuchajcie tych głosów i nie wierzcie obietnicom z zachodu, nie ufajcie
przede wszystkim prounijnej propagandzie waszego postkomunistycznego
rządu. Ostatecznie to komuniści zrujnowali Polskę przez 50 lat swych
rządów. Odbudowa waszego kraju przypadła na ciężkie czasy. Również
kraje UE, które nie musiały znosić katastrofalnej gospodarki planowanej
muszą borykać się z dużymi trudnościami gospodarczymi. Będą one zawsze
próbować wydźwignąć się waszym kosztem. Musicie polegać tylko na sobie.
Jesteście
dużym krajem z potencjałem ludzkim, macie wystarczająco dużo surowców i
rolnictwo, które z łatwością może was wszystkich wyżywić. Macie
najlepsze warunki ku temu, aby zachować swą niezależność. Lubię bardzo
ten kraj i jego mieszkańców. Myślę, że w międzyczasie zrozumiałem co
odróżnia was od innych narodów. Myślę też, że wiem co oznacza polskość.
To duchowa postawa, wewnętrzny dystans do rzeczy materialnych, które u
nas - na zachodzie odgrywają coraz większa rolę i są powodem zaniku
wiary i kultury. Są powodem tego, co kardynał Prymas Glemp nazwał tak
trafnie "uzwierzęceniem człowieka". Wierzę w to, że na Polskę czekają
jeszcze wielkie zadania do spełnienia i jestem o tym przekonany, że
Polska nie może zająć miejsca wśród krajów 15-tki jako 2-go klasowy,
wyzyskiwany kraj. Musicie powiedzieć "NIE" unijnemu szwindlowi w
referendum.

Jesteście niezwykłym krajem, szkoda tylko, że ja to muszę wam powtarzać.



A co Pan sądzi o zachowaniu Polaków w tych trudnych czasach?



Jestem zdumiony ich poczuciem niższości i tezą, że zachód jest zawsze
lepszy niż oni. To przecież nieprawda - wam tylko brakuje kapitału, a
to przecież nie wszystko. Polacy byli zawsze narodem europejskim o europejskiej kulturze.

W Polsce nad materią panuje duch i to czuje się na każdym kroku.
Wartości, które u nas straciły na ważności - Bóg, honor, ojczyzna - są
tu do dziś szanowane i mam nadzieję, że, przez chęć podporządkowania
się kolonizatorom z Zachodu, nie dacie ich w sobie wytępić.

Coraz częściej zadaję sobie pytanie jak to możliwe, że po takim wielkim
zrywie i obaleniu komunizmu, znów wybraliście rząd byłych
funkcjonariuszy PZPR i dajecie się jak owce prowadzić przez nich do
Unii. Przez właśnie tych, którzy każą wam bez słowa sprzeciwu wykonywać
brukselskie polecenia tak, jak dawniej polecenia z Moskwy? Właśnie
przez tych ludzi, dla których jeszcze nie tak dawno państwa EWG były
uosobieniem największego wroga?

Zaskoczył mnie ten brak realizmu u Polaków. Ten zachwyt nad UE jest
bardzo szkodliwy. Zachód traktuje Polskę jako kraj kolonialny i wy
tolerujecie taki stan rzeczy. Wasza łatwowierność wywodząca się, według
mnie, z waszego idealizmu, przeszkadza Wam spojrzeć obiektywnie na
obecną sytuacje w Polsce. Nie jestem pierwszym, któremu to przypomina
tragedię Indian Ameryki Północnej. Oni też byli szlachetni, pracowici,
mieli tylko, jak to wyraził Mark Twain, amerykański pisarz, jedną wadę.
Wierzyli, że jak Biały Człowiek mówi "tak" naprawdę ma na myśli "tak" i
jak mówi "nie" to oznacza to "nie" - innej możliwości Indianie nie
brali pod uwagę. Ponieważ jej po prostu nie znali. W rezultacie
Indianie, albo wyginęli, albo zostali zepchnięci do nielicznych
rezerwatów.

W Polsce istnieją od dawna świetne analizy sytuacji - dlaczego jednak ich tezy nie są przedmiotem powszechnej dyskusji? Dlaczego pozwalacie na to, aby informacja o Unii w mediach - z małymi wyjątkami - była tak jednostronna i subiektywna? Dlaczego
nie możecie brać przykładu chociażby z Malty, która podzieliła czas na
antenie po połowie - dla zwolenników i przeciwników przystąpienia do
UE.



Proszę powiedzieć, jak nas oceniali inni urzędnicy UE przebywający w Polsce?



Generalnie rzecz biorąc panuje zdziwienie, z jakim bezkrytycznym
zapałem przejmujecie przepisy unijne, nawet te, które najwyraźniej nie
są lepsze od polskich.



A jak to wygląda patrząc z pańskiej perspektywy w polskich urzędach? Co sądzi Pan o polskich urzędnikach?



Wasz UKiE jest najwyraźniej pod ogromnym wpływem Unii i wypełnia
wszystkie dyrektywy, które nadchodzą z tej strony, jakby to była
Ewangelia. Nigdy nie było dyskusji na temat sensowności tych poleceń.
"Jestem urzędnikiem i musze to robić, nie mam własnego zdania" - często
słyszałem z ust polskich urzędników. Młodzi są nawet wykształceni i
inteligentni, ale jeśli przełożony siedzi obok - milczą. To była chyba
największa niespodzianka dla mnie. Rozumiem, że macie duże bezrobocie i
każdy etat jest na wagę złota, ale trudno kierować państwem, gdy
fachowcy nie próbują wyrażać własnych opinii.

Polscy urzędnicy zarabiają też za mało, dlatego, po zdobyciu
doświadczenia, również i ci najzdolniejsi odchodzą z urzędów i
przechodzą do sektora prywatnego.



Często w Polsce pod adresem polskich urzędników, którzy pracują
na rzecz Unii pada określenie "Targowiczan". Jak w Niemczech traktowani
są urzędnicy pracujący w strukturach Unii? Czy używa się pod ich
adresem określenia, które można by uznać za synonim polskich
"targowiczanin"?




Muszę tu najpierw coś sprostować. Snucie porównań sytuacji Polski i
Niemiec w Unii (lub innych krajów - założycieli UE) jest z założenia
błędem. Sytuacja gospodarcza tych krajów jest mniej więcej jednakowa i
trudna do porównania z sytuacją nowych kandydatów. To jest różnica
między 50 latami szybkiego rozwoju gospodarczego na Zachodzie i 50
latami hamującej ten rozwój gospodarki socjalistycznej. Unia nie
powstała w celu wykorzystania jakiegokolwiek z krajów - założycieli,
początkowo ułatwiła handel między podobnie rozwiniętymi partnerami i
rzeczywiście mogła być postrzegana pozytywnie. W czasach silnego
rozwoju gospodarki można było wyrównywać różnice między krajami Europy,
nie było takiego problemu ze znalezieniem środków na ten cel. Dzisiaj
jednak sytuacja wygląda inaczej - dawne bogate kraje Unii, którym
wiedzie się coraz gorzej, pomimo coraz większych dziur w budżetach
krajowych mają wspierać finansowo coraz więcej państw słabo
rozwiniętych. I tu okazuje się, że w czasach kryzysu altruizm jest
nierealny - nikt nie chce wydać więcej z własnej kieszeni, a wręcz
przeciwnie, obiecuje sobie polityczny awans poprzez ożywienie
gospodarcze kosztem Wschodu.

Nie można porównywać niemieckich urzędników unijnych, podejmujących
decyzje niezgodne z interesami Niemiec z polską Targowicą. Niemcy mają
jeszcze rząd, który się przeciw tym decyzjom broni i myśli przede
wszystkim o własnych obywatelach.







Czy Unia Europejska zmierza do modelu zwykłej firmy, która rządzi
się zwykłymi prawami zysku, czy raczej przypomina imperium rzymskie -
instytucję, która dąży do ogarnięcia swą władzą jak największego
obszaru i narzucenia swego systemu wartości?




Od strony poszczególnych narodów Unia to cech kupiecki, w którym każdy
dba o swoje interesy - gospodarcze bądź polityczne. Nie chodzi tu o nic
innego, oprócz tego kto więcej wyciągnie ze wspólnej unijnej kasy - a
wszędzie tam, gdzie w grę wchodzą duże pieniądze, szerzy się korupcja i
wewnętrzne walki.

Patrząc jednak od strony struktur wspólnotowych Unia to przede
wszystkim aparat urzędników, którzy mają gęby pełne frazesów o idei
europejskiej. Udają, że Idea Europejska jest wynikiem ich pracy. Że
ludzie się zbliżają..., a to nie prawda.



Ale nie zaprzeczy Pan, że zbliżenie francusko-niemieckie to konkret...



Ale to nie skutek polityki unijnej. Niemcy i Francuzi w ramach UE
czerpią korzyści. Mówi się o Europie dwóch szybkości. Jedna jest dla
nich (Francji, Niemiec i Beneluxu), druga dla innych. Jeśli przybędą
nowi członkowie, powstanie jeszcze trzecia szybkość, dla tych, którzy
staną się rynkiem zbytu dla towarów produkowanych w dawnych krajach
unijnych.

Nic nie demaskuje tego całego oszustwa ze wspólną Europą tak wyraźnie,
jak skąpstwo bogatych krajów Europy Zachodniej przy ich wpłatach do
kasy Unii. Roczny budżet Unii wynosi zaledwie nieco więcej niż 90 mld
euro. To bardzo niewiele w stosunku do 370 milionów ludności, z której
chce się skonstruować zjednoczoną Europę. 90 miliardów euro to
dokładnie ta suma, którą była RFN płaci rocznie na dawną NRD z jej 17
milionami mieszkańców. 90 miliardów euro to budżet jedynego tylko
spośród piętnastu landów niemieckich, a mianowicie Nadrenii Północnej
Westfalii. Połowa unijnego budżetu jest marnotrawiona na katastrofalną
politykę rolną. Reszta jest tak mała, że da się nią sfinansować jedynie
parę funduszy, z których kraje członkowskie mogą z powrotem otrzymać
rocznie dwa, może trzy miliardy euro, jeśli same mają na to własne
fundusze, bo bez tego pieniędzy z Unii też nie ma. A wszystko to na
dodatek jest możliwe tylko po żmudnych staraniach i procedurach
biurokratycznych.



Integracja europejska odegrała jednak znaczącą rolę w historii
powojennej Europy. Miała służyć utrzymaniu pokoju na Starym Kontynencie
oraz partnerskiemu rozwojowi ekonomicznemu, a więc spełniła oczekiwania
jakie w niej pokładano. Czyżby coś się od tamtego czasu zmieniło?


Oblicze obecnej Europy jest zupełnie różne od zamierzeń. Gdy w 1951
roku utworzono Europejską Wspólnotę Węgla i Stali, przesłanki były
podobne do tych, które są dziś prezentowane w Polsce przez
euroentuzjastów. Niestety, z tych ideałów praktycznie nie pozostało
nic. Z organizacji, która miała za cel rozwój Europy Unia przeobraziła
się w twór zagrażający egzystencji narodów środkowowschodniej Europy, a
szczególnie Polsce. Dzieje się tak ponieważ Unia stała się instrumentem
globalizacji, czyli mechanizmu w którym państwa silniejsze starają się
podporządkować sobie państwa słabsze. Unia Europejska usiłuje narzucić
Polsce i innym kandydatom kolonialną zależność od Zachodu. A wszystko
to pod płaszczykiem wielkiej idei zbliżania narodów Europy. Jest przy
tym perfidna i podstępna, ponieważ sprytnie wykorzystuje łatwowierność
i dobroduszność Wschodu. To brzmi brutalnie, ale taka jest europejska
rzeczywistość.



Ale czy u podwalin Unii nie leży właśnie owa idea zbliżania narodów?



Właśnie tak było, gdy podpisywano pierwsze traktaty o Europejskiej
Wspólnocie Węgla i Stali, czy Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej.
Wtedy była żywa jeszcze pamięć katastrofy drugiej wojny światowej.
Chciano stworzyć coś lepszego niż Liga Narodów, która nie potrafiła
zapobiec temu co stało się z Europą w dobie Hitlera.

Motorem powojennych traktatów były Francja i Niemcy, do dziś zresztą
oba te kraje odgrywają wespół z Wielką Brytanią główną rolę w kreowaniu
polityki unijnej. Początkową motywacją Francji było zapewnienie sobie
dostępu do niemieckiego potencjału przemysłowego. Niemcy natomiast z
ich smutną przeszłością chciały odzyskać wstęp na międzynarodowe
salony. Znaczną rolę odgrywało przy tym zagrożenie militarne ze strony
Rosji Sowieckiej.

W międzyczasie niebezpieczeństwo wybuchu wojny przestało być realne.
Rynek zachodnioeuropejski działał, ale pojawił się nowy problem,
całkowicie nieznany po wojnie: bezrobocie. Jest to nowe zagrożenie,
którego boją się wszystkie rządy. Postęp techniczny i automatyzacja
produkcji wypędza coraz to większe rzesze ludzi na ulicę. Wszelkimi
metodami próbuje się zwiększyć chłonność rynków unijnych, ale rosnące
bezrobocie zmniejsza jednocześnie popyt i hamuje rozwój gospodarczy.
Jedynym wyjściem z tej sytuacji jest zdobywanie coraz to nowych rynków
zbytu, które zapewniły by pracę obywatelom Unii. I tu dochodzimy do
sedna sprawy, bowiem nadrzędnym celem Unii jest zapewnienie
gospodarczego rozwoju jej obecnym członkom.



Przed '89 Europę jednoczył strach przed blokiem wschodnim, to co teraz jednoczy Europę? Strach przed bezrobociem?



Niekoniecznie. Dzisiaj jednoczy Europę ten aparat urzędników, którzy
słowem nie chcą pisnąć, że są już niepotrzebni. To urzędnicy gwarantują
trwanie Unii Europejskiej. Biurokracja, aby uzasadnić swoje istnienie,
musiała znaleźć nowe zadanie. Stało się nim ujednolicenie wszelkich
standardów w krajach członkowskich. Tym się też zaczęła zajmować,
odkrywając coraz to nowe możliwości standaryzowania wszystkiego, co
popadnie. Za powód podano ułatwienie handlu w myśl zasady, że w Unii
każdy jej członek ma mieć te same prawa, czyli nikt nie może mieć ich
więcej. Tego właśnie rzekomo pilnują biurokraci z Brukseli.



A co na to ludzie, obywatele mieszkający w Unii?



Zwykli ludzie, mieszkańcy Piętnastki, nawet nie słuchają, gdy
rozbrzmiewa propaganda z Brukseli. Zajęci są po prostu czym innym,
również z powodu kryzysu gospodar czego na Zachodzie. Niewielu wie kim
jest chociażby Romano Prodi, szef Komisji Europejskiej. Coraz mniejszym
poparciem cieszy się też Parlament Europejski.



No właśnie, czy comiesięczne przenosiny Parlamentu Europejskiego z Brukseli do Strasburga nie przysłużyły się temu?



Można tak powiedzieć, bowiem comiesięczna wędrówka Parlamentu
Europejskiego z Brukseli do Strassburga i z powrotem jest co najmniej
bezsensowna. To przecież istny cyrk wędrowny, który pochłania tymi
przeprowadzkami - mającymi czysto prestiżowe uzasadnienie - więcej
pieniędzy, niż cała pomoc przedakcesyjna, którą Unia przeznaczyła dla
Polski.

Czyli skrajne marnotrawstwo... Czy rzeczywiście rozmiary korupcji
i sprzeniewierzania pieniędzy z unijnych funduszy są aż tak duże, jak
się sądzi? Czy afera jaką wykrył Paul van Buitenen jest znamienna dla
stosunków jakie panują w Unii, a może to tylko wyjątek?


Paul van Buitenen to mały urzędnik Unii Europejskiej, który odkrył
wielką aferę korupcyjną w Komisji Europejskiej. Pierwszą reakcją było
zwolnienie go ze stanowiska, ale ponieważ nie dało się sprawy
zatuszować, musiało ustąpić ze swych stanowisk kilkunastu komisarzy, w
tym komisarza Franza Fischlera, który tak dziś jak wtedy sprawuje urząd
Komisarza UE do spraw rolnictwa.

To między innymi jeden z powodów braku zainteresowania u zwykłych ludzi
Unią. Poza tym praktycznie nie istnieje żadna idea europejska, która
mogłaby porwać tych ludzi. O UE zrobiło się głośno wśród jej obywateli
dopiero wtedy, kiedy zostało wprowadzone euro - i było to, nawiasem
mówiąc, bardzo negatywnie odebrane doświadczenie wspólnotowe.

Innym, jeszcze ważniejszym powodem istnienia Unii jest to, że kupuje
ona sobie po prostu sprzymierzeńców wśród zachodnich polityków tak
samo, jak teraz w Polsce wśród polityków polskich. Przy tym chodzi tu
przede wszystkim o wysokie stanowiska w Brukseli, które są obsadzane
wysłużonymi politykami z poszczególnych krajów członkowskich. Typowym
przykładem są chociażby komisarze: Guenter Verheugen i Franz Fischler,
którzy po zakończeniu działalności politycznej w swoich krajach, z
odpowiednim dużo wyższym wynagrodzeniem niż dotąd, kontynuują swoje
kariery w Brukseli. Takich wysłużonych posłów i polityków, skazanych na
finansowo błogosławione dożywocie w Parlamencie Europejskim i w
aparacie administracyjnym, jest w Brukseli bardzo wielu.

Na dodatek co pół roku zmienia się przewodnictwo w radzie ministrów -
jest to świetna możliwość dla polityków kraju przewodniczącego obradom
zasłużenia się w Brukseli.



To na jakich zasadach funkcjonuje Unia?



Unia Europejska funkcjonuje jak władza Anglików w Indiach, kiedy to
biali panowie panowali, a tubylcy wykonywali robotę. Ocenia się, że
jeden unijny urzędnik nadzoruje pracę około 500 - 1 tys. urzędników
krajowych. Polacy muszą zrozumieć wreszcie jedno: zbliżenie krajów zachodnich po II Wojnie Światowej funkcjonuje również bez Unii Europejskiej.



Jak Pan sądzi co stanie się z Unią w aspekcie politycznym i ekonomicznym w ciągu najbliższych lat?



Nie jestem w stanie prorokować tu przyszłości Unii Europejskiej, mogę
jedynie obserwować obecną sytuację i zastanawiać się nad ewentualnym
jej rozwojem.

Unia uważana jest na Zachodzie - nie tylko w moim odczuciu - za molocha
na glinianych nogach. Z roku na rok przybywa w niej skandali i kłótni,
państwa członkowskie niechętnie lub tylko częściowo opłacają składki,
ponieważ muszą we własnych granicach walczyć z rosnącą recesją, rolnicy
protestując przeciwko unijnej polityce rolnej coraz częściej wychodzą
na ulice, coraz częściej robotnicy oburzają się na politykę Unii
skierowaną przeciwko zachowaniu ich miejsc pracy (zakaz subwencji
państwowych dla zagrożonych dziedzin przemysłu). Coraz więcej krajów
unijnych nie spełnia kryteriów stowarzyszeniowych, euro wcale nie
pomógł gospodarce, wspólna polityka zewnętrzna okazała się fikcją,
każdy w Unii myśli tylko o sobie. Jak tutaj patrzeć na przyszłość,
jeśli nie pesymistycznie? To może była piękna idea, ale najwyraźniej
nierealna.

5.06.2009

Branka Armii Czerwonej


Branka Armii Czerwonej


Byłam tylko kobietą. Nic wielkiego nie zrobiłam. Przeżyłam

Wszystko, niestety, jest prawdą. Miała 20 lat, kiedy porwali ją radzieccy żołnierze. Musiała się oddawać każdemu, kto miał ochotę na seks, albo umrzeć.

Wywieźli ją do Rosji, wróciła dziesięć lat temu.






4.12.2009

Debata na temat Religii

4.08.2009

Prawdziwa przyczyna zabójstwa Kennediego


Prawdziwa przyczyna zabójstwa Kennediego

Rok 2008 obfituje w okrągłe rocznice wydarzeń ważnych, fundamentalnych dla zrozumienia tego co dzieje się obecnie. Tym bardziej jest dziwne że w bezmózgowych mediach nie ma o nich dosłownie żadnej wzmianki. Czy to możliwe aby społeczeństwa miały już tak wyprane mózgi fasadą demokracją i sloganami o wolności że nikt już nie myśli? że nikt nic nie stara się dociec zadając przynajmniej pytania? Żaden dziennikarz nie dochodzi prawdy?





4.06.2009

Prawdziwy kod Leonarda da Vinci czy kodowanie nieprawdy? - literatura w walce z Kościołem


Prawdziwy kod Leonarda da Vinci czy kodowanie nieprawdy?
- literatura w walce z Kościołem -
Dla Polski -
Informacje donosi ogólnopolska gazeta Nasz Dziennik





"Kod Leonarda da Vinci" autorstwa Dana Browna to skrajnie antykatolicka i antychrześcijańska powieść, która jednak znalazła się na listach bestsellerów w księgarniach całego świata. W Polsce - podobno numer jeden, co najmniej od kilku tygodni. Przetłumaczona na 30 języków, sprzedana w ponad 30 milionach egzemplarzy, z wykupionym już przez Columbia Pictures prawem do ekranizacji (reżyser Ron Howard, w roli głównej Russell Crowe), zaczyna być przebojem kultury masowej ze wszystkimi zagrożeniami wypływającymi z tego faktu.
W notatce na początku książki Brown deklaruje: "wszystkie opisy dzieł sztuki, architektury i dokumentów oraz tajnych rytuałów, zamieszczone w tej powieści odpowiadają rzeczywistości". Autor dziękuje licznym naukowcom, a także instytucjom, co zwiększa wiarygodność opisywanych treści. Jest to stary chwyt, zwłaszcza dla niewykształconego czytelnika. W ten sposób książka udaje poważne studium problemu, próbując się sprzedać jako rewelacyjne odkrycie historyczne i ważny dokument. Chodzi więc tu o faktyczne odniesienie do historycznych faktów i tez światopoglądowych.
Tym bardziej więc skoro nie jest to tylko - wedle autora - fikcja literacka (rodzaj "pulp-fiction"), należy wskazać na zawarte w niej niezliczone zafałszowania, kłamstwa i błędy. Należy zdemaskować niewiarygodne wręcz, prostackie wymysły, pseudonaukowe nadinterpretacje, a nawet bezwstydne bluźnierstwa - w liczbie rzadko spotykanej - przewijające się w całej powieści, niemalże na każdej stronie. Nie jest więc przypadkiem, że wielu chrześcijan zostało poważnie zaniepokojonych forsowanymi w książce Browna tezami, których istotą jest twierdzenie, iż chrześcijaństwo - takie jakie dzisiaj znamy - zostało przez ludzi Kościoła sztucznie sfabrykowane, a prawda podstępnie ukryta. Tymczasem książka formułująca takie twierdzenia zawiera nie tylko liczne błędy teologiczne, ale też niezliczone błędy historyczne i faktograficzne. Dotyczą one kwestii dla chrześcijaństwa i Kościoła fundamentalnych. Zawiera też liczne pomówienia realnych osób i instytucji. Jest jednak przede wszystkim formą paszkwilu na instytucję Kościoła katolickiego, a szczególnie na organizację Opus Dei, która wielokrotnie już występowała publicznie w tej kwestii. Czy można więc zlekceważyć ten problem i milczeć?
Nie mamy tu bowiem do czynienia z dylematem: kłamstwo czy fikcja literacka, ale chodzi o realne kłamstwo posługujące się fikcją literacką. Fikcja tego typu to zresztą najlepsza forma, by kształtować poglądy mas. Posługuje się bowiem skutecznie mechanizmem sugestii, gdzie "obrazowanie" w toku sensacyjnej akcji sprzyja "odmóżdżeniu" i psychomanipulacji. Połączona zaś częściowo z nauką (historią sztuki, i tak zresztą przeinaczaną) i pseudonauką (dotyczącą religii, teologii oraz historii Kościoła katolickiego) oszukuje czytelnika dużo łatwiej. Pozwala też umywać ręce od odpowiedzialności moralnej (i prawnej!) z powodu wypowiadanych oszczerstw i kłamstw, które jest trudno odkręcić. I zawsze - wiedział to Wolter - coś po nich pozostaje.

Kontynuacja antykościelnej tradycji
Powieść Browna zaczyna się dziwnym morderstwem w Luwrze i przedstawieniem Leonarda da Vinci oraz Isaaka Newtona jako przywódców tajnej organizacji o nazwie Zakon Syjonu, przechowujących w ukryciu prawdę o tzw. Świętym Graalu i Chrystusie. Dan Brown, typowy komercyjny spryciarz, odwołuje się więc do tematów atrakcyjnych, "poprawnych politycznie" i będących "na czasie", o czym świadczą jego wcześniejsze powieści (wydane już w Polsce). W konstrukcji antykatolickiego paszkwilu stosuje podobne metody. Przywołując wątki sensacyjne i kryminalne, nie omieszkał przywołać "dyżurnego" tematu qedofilii pośród księży katolickich. W tym samym celu powołuje się on na całą masę podobnych paszkwilanckich (w sposób jawny i ukryty) "utworów" antykościelnych (książek i filmów), nie wyłączając "Harry'ego Pottera", o którym wspomina w swojej powieści. Nie jest to przypadkowe, bo podobnie jak J.K. Rowling czy R. Ludlum, odwołuje się do historii ezoterycznych i okultystycznych bractw tajemnych, jak templariusze, różokrzyżowcy, masoneria czy - w końcu - wspomniany już tajemniczy Zakon Syjonu, realizujący misję przechowywania tajemnicy Graala (związanej z ewangeliczną Marią Magdaleną, symbolem "sakralnej kobiecości", co jest jednym z głównych wątków powieści i rzekomym kluczem do reinterpretacji chrześcijaństwa, a nawet wszelkiej religii). Zakon Syjonu faktycznie istnieje. Jest francuską wspólnotą zarejestrowaną w 1956 roku, założoną prawdopodobnie po II wojnie światowej, i chociaż ogłasza się spadkobiercą masonów czy templariuszy, to podawana w powieści lista Wielkich Mistrzów nie jest wiarygodna, mimo że wymienia takie historycznie postaci, jak Isaac Newton, Victor Hugo, Nicolas Flamel (słynny alchemik, znany z "Harry'ego Pottera") czy tytułowy bohater - Leonardo da Vinci, który zresztą w powieści przedstawiony został jako jawny homoseksualista. Komu służy propagowanie takich "faktów", nawet jeśli temat seksualności Leonarda został już podjęty przez samego Zygmunta Freuda?
Pretensje do stworzenia erudycyjnej pracy naukowej autora upadają, gdy zajrzymy do bibliografii, z jakiej korzystał Brown, gdzie zamiast poważnych książek historycznych i albumów sztuki znajdziemy jedynie pozycje paranaukowe, pseudonaukowe, ezoteryczne i konspiracyjne pseudohistorie. Wykorzystuje on bowiem psychologię konspiracji i spisku, w oparciu o tradycję gnostycką i ezoteryczną, do której się odwołuje i którą afirmuje, próbując przedefiniować katolicką teologię. Odwraca jednak kota ogonem, gdy spisek przypisuje Kościołowi katolickiemu. Tym bardziej że - jak twierdzą liberałowie - spisków podobno nie ma i jest on wyłącznie wymysłem tzw. diabolistów (U. Eco).
Na swojej stronie internetowej Dan Brown mówi jasno, że jego "dzieło" nie jest jedynie zwykłą powieścią rozrywkową, ale "dotyczy sekretu, o którym mówiło się szeptem od wielu wieków". Czego dotyczą spisek i sekret? Ukrywania przez Kościół faktu, że Maria Magdalena była żoną Chrystusa i że jej rzekomo powierzył On Kościół, a nie Piotrowi. Wiedział o tym rzekomo wtajemniczony mistrz Leonardo, który na obrazie "Ostatniej Wieczerzy" umieszcza obok Chrystusa nie św. Jana, ale kobietę - Marię Magdalenę (zaprzeczają temu historycy sztuki, np. Elisabeth Levy czy Diane Apostolos-Cappadona). Oto zasadnicza treść "Kodu Leonarda da Vinci"! Pojawiają się więc w tym kontekście dwie fałszywe tezy światopoglądowe uporczywie lansowane w omawianej książce:
1. Maria Magdalena była życiową partnerką Jezusa; przede wszystkim ona, ale także ich dzieci, jako nosiciele Jego krwi, to właśnie Święty Graal (krew króla = sang real = San Greal), tworzący korzenie francuskiej dynastii Merowingów (i przodków jednej z bohaterek powieści Sophie Neveu). Legenda o Świętym Graalu jest związana w istocie z legendą o królewskiej dynastii Jezusa Chrystusa. W szerszym znaczeniu "Graal" jest "starożytnym symbolem kobiecości", a "Święty Graal" jest obrazem "świętości kobiecej" i "Wielkiej Bogini".
2. Jezus i Maria Magdalena reprezentowali "dwójnię" męsko-żeńską (tak jak w innych religiach np. Mars i Atena, Izis i Ozyrys). Pierwsi naśladowcy Jezusa ubóstwiali rzekomo "świętość kobiecą". Cześć oddawana kobiecemu pierwiastkowi boskości została ukryta w konstrukcjach katedr wznoszonych przez templariuszy, w sekretnej organizacji zwanej "Zakonem Syjonu" - do której należał Leonardo da Vinci - oraz w wielu innych sekretnych symbolach istniejących do dziś w kulturze (np. pentagramu, który ponoć nie ma nic wspólnego z satanizmem), które odkrywa główny bohater powieści - ekspert od symboliki - Robert Langdon.
Ten "odzyskany" wątek "wiecznej kobiecości" ujmowany jest w powieści z wielu stron, także w bardziej zasadniczych i wielokulturowych rysach. Według religioznawcy prof. Zbigniewa Mikołejko, próbującego prostować w "Posłowiu" do książki przynamniej niektóre błędy Browna (ciekawe, że uznano konieczność takich sprostowań), "zasadniczą ideą, którą wyraża intryga powieści Browna, jest idea zatraconej świętości żeńskiej (sakralności kobiecej). Brown postępuje tu za niektórymi obiegowymi koncepcjami feminizmu. Sprzyja zwłaszcza ważnemu w pewnych nurtach feminizmu kultowi Marii Magdaleny, czemuś, co nazwać by można kulturą magdaleńską. Ale 'poprawnościowe politycznie' dowartościowywanie takiego feministycznego motywu ma pewne skutki ideologiczne - prowadzi do oskarżenia wyłącznie katolickiego chrześcijaństwa o zniszczenie pierwotnej, matriarchalnej religii Śródziemnomorza, o wyparcie w mroku podświadomości i w labirynty kultur oraz tajemnych wiar archaicznego kultu Wielkiej Bogini, pani płodności i śmierci. Tymczasem zarówno choćby znana autorowi 'Biała Bogini' Gravesa, jak i - przede wszystkim - fundamentalne studia włoskiego historyka religii, Pestalozzy, pokazują, że był to proces bardziej rozległy, bardziej złożony i dramatyczny. Kult Wielkiej Bogini, żyjący w tylu rozmaitych wcieleniach, które zresztą przypomina autor, był bowiem przez religię patriarchalną, męską, zniekształcany stopniowo przez tysiące lat, poczynając od czasów głęboko przedchrześcijańskich, głęboko pogańskich". Mikołejko jednak niespodziewanie dodaje: "Kościół tu raczej zwieńczył dzieło, niźli go dokonał" (tamże). Czyżby, panie profesorze, akceptował pan jednak antykościelne tezy Browna?
W tym kluczu afirmacji "kobiecej sakralności" (nie mylić ze "świętością kobiet", o czym poniżej) następuje reinterpretacja całej historii religii, a także nauki i kultury (w tym sztuki, z malarstwem na czele - stąd potwierdzanie założonej tezy, że Leonardo da Vinci był rzekomym mistrzem tajemnego Zakonu Syjon). Autor nie cofa się nawet w tym kontekście przed bluźnierstwem, dotyczącym samego Boga, gdy mówi, że cztery litery: YHWH, to imię Boga pisane po hebrajsku, pochodzące od "Jehowa" - obojnaczej jedności fizycznej pomiędzy męskim "Yah" i starożytnym imieniem hebrajskim "Ewa", "Hawa". Tymczasem słowo YHWH (które jak dziś wiemy wymawia się: Jahwe) zaczęto wymawiać jako "Jehowa" w średniowieczu, gdy nałożyły się na spółgłoski - samogłoski "Adonai".
W świetle takiej właśnie ideologii oskarża się brutalnie i bez ogródek Kościół katolicki, co relacjonuje wiernie prof. Mikołejko, mówiąc, że czytelnik staje "wobec konsekwentnie przez autora głoszonej idei, że zbrodnia ta jest dziełem pewnych struktur i pewnych ludzi Kościoła katolickiego. Że - co więcej - te nieprawe działania są na trwałe wpisane w dzieje tej instytucji i w znacznej mierze budują jej tożsamość. Słowem, katolicyzm staje się w oczach autora udziałowcem świadomego spisku przeciw ludzkości i przeciw rzeczywistemu, 'ludowemu' chrześcijaństwu, chrześcijaństwu kobiet i ubogich. Staje się grabieżcą, który zagarnął, znieprawił i zniekształcił obraz Jezusa oraz sens jego duchowego posłania. W przeszłości narzędziami owego religijnego spisku, motywowanego jedynie żądzą władzy, byli krzyżowcy, inkwizytorzy i jezuici, dziś jego narzędziem zostało Opus Dei" (tamże). Mamy tu więc do czynienia z zafałszowaniem, które jest inwersją prawdy historycznej i teologicznej. Spotykamy się z "pozytywnym" i aktywnym głoszeniem nieprawdy i kłamstwa.

Kto naprawdę fałszuje kobiecą historię i godność?
Według Browna, "przez 300 lat Kościół spalił na stosach 5 milionów kobiet". Jest to cyfra powtarzana w literaturze New Age (mówi się w tych kręgach czasem nawet o 9 milionach), a także generalnie w literaturze neopogańskiej i feministycznej. Taka propaganda wynika prawdopodobnie z faktu, że neopoganie potrzebują własnego "holokaustu". Gdy zajrzymy do autentycznych źródeł historycznych, dowiemy się, że w latach 1400-1800 zostało straconych 30-80 tys. osób uznanych za czarownice. Według badań wybitnego duńskiego historyka G. Heninngsena, liczba skazanych to wyłącznie 50 tys. osób. Nie wszystkie zostały spalone. I nie wszystkie były kobietami. Wielu mężczyzn, także duchownych, zostało oskarżonych o czary. W Islandii np. skazywano wyłącznie mężczyzn. Nie wszystkie te osoby zginęły z rąk Kościoła ani nawet katolików. Większość ofiar pochodziła z Niemiec, z lat wojen protestanckich z XVI i XVII wieku. Sądy cywilne, lokalne i regionalne były nastawione szczególnie entuzjastyczne do egzekucji, zwłaszcza w kręgach luterańskich i kalwińskich. Według Heninngsena, większość wyroków zakończona spaleniem miała miejsce w krajach protestanckich.
Tę tendencyjność autora omawianej książki dostrzega, a nawet próbuje wyjaśnić także prof. Mikołejko, gdy stwierdza, że "u podstaw pomysłów Browna leży (...) atawistyczny, nierozumny już dzisiaj lęk anglosaskich protestantów przed 'rzymską wiarą', przed 'papizmem'" Albowiem "nieustannie wypomina się katolicyzmowi tylko jego ciemne strony: dyskryminację kobiet, inkwizycję, krucjaty, prześladowania heretyków, innowierców czy czarownic. Zapomina przy tym absolutnie zarówno o jasnych przejawach tej odmiany chrześcijaństwa, takich choćby jak wspaniały nurt franciszkański (o którym w 'Imieniu róży', patronującym skądinąd powieści Browna, pamięta Umberto Eco), jak i o brutalnych zbrodniach protestantyzmu, którego przeszłość jest obciążona niejedną winą. Wystarczy wspomnieć tylko, że w niemieckich krajach protestanckich rzekome czarownice były tak samo, o ile nie mocniej i nie dłużej, tępione jak w państwach katolickich, że amerykańscy purytanie mają na sumieniu nieszczęśników z Salem, podejrzanych o konszachty z diabłem, że angielski protestantyzm okrutnie prześladował katolików i odmawiał im elementarnych praw (stopniowo odzyskali je dopiero w XIX i XX stuleciu), że Kalwin urządził w swej Genewie religijne państwo totalne i palił tam na stosie heretyków (na przykład hiszpańskiego lekarza Michała Serveta), że Luter obrzucał swych przeciwników najgorszymi inwektywami i wzywał niemieckich książąt, by rozprawili się ze zbuntowanymi chłopami jak z 'wściekłymi psami', że czescy husyci wydatnie przyczynili się do pomnożenia liczby świętych męczenników katolicyzmu" (dz. cyt.). "Świętość sakralna" to temat gnozy i pogaństwa, wyrażony np. w zjawisku "prostytucji sakralnej", znanej m.in. wśród narodów sąsiadujących z Izraelem. Była ona szczególnie potępiana przez Biblię właśnie z racji swej "sakralności" (Pwt 23, 18). Problem nie dotyczy więc tylko chrześcijaństwa, ale i tradycji judaistycznej. Z punktu widzenia całej tradycji judeo-chrześcijańskiej, znamienna dla pogaństwa "kobieca sakralność" nie ma nic wspólnego ze "świętością kobiet", a nawet jest jej przeciwieństwem.
Świętość czy dążenie do świętości u kobiet (chodzi zawsze o konkretne osoby, a nie abstrakcyjną ideę), praktykowana i zalecana w judaizmie, a szczególnie w chrześcijaństwie - ma charakter personalistyczny, duchowy i moralny. Propagowana w powieści Browna "sakralność kobieca" (nazywana też "świętością kobiecą"), "żeńska boskość", zwłaszcza zaś "święty seks" (a nawet "kult kobiecości" czy "wieczna kobiecość") - łatwo zyskują charakter nieludzki, amoralny, cielesny i czysto seksualny. Jest to wtedy dla chrześcijaństwa - "antysacrum", profanacja czy wprost przejaw grzechu. Chodzi tu bowiem o naturalistyczne - właściwe pogaństwu - "ubóstwienie popędów" w punkcie wyjścia, a nie uświęcenie czy przebóstwienie - z łaski - całego człowieka (łącznie ze sferą zmysłów).
Jest więc to zielone światło dla wielu grzechów: "wolnej miłości", apologii seksu w relacjach pozamałżeńskich, tzw. aborcji i uderzenia w instytucję małżeństwa. Dlatego entuzjazm Browna dla "rytuałów płodności", które są tak podziwiane i praktykowane przez bohaterów powieści, nie ma nic wspólnego z prawdziwą płodnością (właściwą małżeństwu w jego otwarciu na nowe życie), ale łączy się głównie z samą przyjemnością seksualną. To znak czasów, ale także wpływ gnozy: zapładnianie, dawanie życia jest naganne, ale za to przyjemność seksualna nabiera "mistycznego" wymiaru i znaczenia.
Sprzyja temu propagowana w powieści "ontologizacja" jedności przeciwieństw czy mistyczny androgynizm, tematy znane w alchemii i w ideologii masonerii, którą zresztą Brown propaguje i afirmuje już we wcześniejszej powieści (przetłumaczonej na język polski) "Anioły i demony"! Chodzi jednak w ostateczności o apologetykę panseksualizmu i feminizmu. Poglądy takie mają swe źródło w "chrześcijaństwie" gnostycznym, gdzie niektóre grupy i tendencje uważały boskość za połączenie cech męskich i żeńskich, harmonijne relacje dwóch przeciwieństw (jin-jang), odnajdując ją również w wizerunku dwupłciowego androgyna, a właściwie hermafrodyty. I dlatego, pisze Brown, "twarz Mona Lizy ma cechy androgeniczne". W powieści profesor Langdon odsłania bowiem kolejną tajemnicę kodu Leonarda, czyli połączenia męskości i żeńskości w obrazie Mona Lisa, anagramując tytuł tak, by uzyskać "Amon L'Isa", domniemane androgeniczne połączenie boga Amona i bogini Izydy. Tymczasem, ponieważ Leonardo nie nazwał tak swojego obrazu, i w jego czasach obraz w ogóle nie miał tytułu, dowodzenie jest tu absurdalne.
Jezus, według gnostyków z II wieku, feministek oraz ideologów ruchu New Age (gdzie kursują też podobne w tym względzie idee C.G. Junga), potrzebuje kobiety jako przeciwieństwa, które by Go dopełniło. Tym uzupełnieniem byłaby Maria Magdalena. Jedynymi jednak źródłami to potwierdzającymi są ewangelie apokryficzne i teksty gnostyczne przedstawiające idee nie mające żadnego odniesienia historycznego. Jednakże te teksty, chociaż sugerują pierwotną "androgeniczność" rodzaju ludzkiego, wbrew temu, co twierdzi Brown, są wrogie realnemu życiu, ciału, płodności, a nawet samej seksualności. Dlatego nawet "święty seks" - w żadnym znaczeniu tego słowa - nie może być tu do końca prawdą.
Teksty gnostyckie nie ukazują też - wbrew twierdzeniom Browna - bardziej ludzkiego oblicza Jezusa niż ewangelie kanoniczne. Wprost przeciwnie. Ignorując bowiem chociażby Pasję i śmierć Chrystusa, pozbawiają Go istoty Jego człowieczeństwa, które tak rzekomo wywyższa Brown, odzierając jednocześnie Chrystusa z Jego Boskości.

Bluźniercza deformacja osoby Chrystusa
Książka Browna jest więc nie tylko antykatolicka, ale też antychrześcijańska, ponieważ profanicznie deformuje osobę Chrystusa, czyniąc bluźnierczy zamach na Jego Boskość i świętość. Wyraża się to w dwóch zasadniczych, pseudoteologicznych tezach.
1. Jezus nie jest Bogiem: żaden chrześcijanin nie uważał Go za Boga, zanim cesarz Konstantyn nie ogłosił Go Nim na soborze w Nicei w 325 roku. Bohater powieści, angielski historyk Teabing twierdzi, że dopiero w Nicei - rzekomo wyłącznie drogą głosowania - ustalono, że Jezus był "Synem Boga". Chrześcijaństwo przed tą datą było ruchem bardzo otwartym, nie uznawało Jezusa za Boga. Akceptowano "wieczną kobiecość", spisywano rzekomo wiele ewangelii. Tymczasem wystarczy przejrzeć ewangelie kanoniczne, napisane 250 lat przed Niceą, aby pokazać, że o tym, iż Jezus jest Synem Boga, wzmiankowano przynajmniej 40 razy. To właśnie było wyrazem prawdziwego przekonania chrześcijan, zaś Brown po prostu kopiuje wiadomości z jednej z pseudohistorycznych książek. Aby stworzyć własny bestseller, dokonuje plagiatu tematów z innego bestsellera "Święty Graal, święta krew" (autorstwa Baigenta, Leigha i Lincolna), w którym stwierdzono, że "w Nicei na podstawie głosowania zadecydowano, że Jezus był bogiem, a nie śmiertelnym prorokiem".
2. "Zły" (określenie Browna) Kościół katolicki, stworzony przez Konstantyna w roku 325, prześladował niewinnych czcicieli "wiecznej kobiecości", w czasie średniowiecza i renesansu paląc na stosach tysiące czarownic, niszcząc wszystkie gnostyczne ewangelie i pozostawiając tylko cztery z tych, które najbardziej mu odpowiadały. Konstantyn i jego następcy, oczywiście mężczyźni - pisze Dan Brown - z zapałem przemieniali świat z matriarchalnego pogaństwa w chrześcijaństwo patriarchalne poprzez propagandę demonizującą "wieczną kobiecość", przez eliminację konceptu bogini z religii. W konsekwencji "Matka Ziemia" przemieniła się w świat mężczyzn, bogów zniszczenia i wojen. Męskie męstwo spędziło dwa tysiące lat bez równoważenia się z pierwiastkiem kobiecości, co zaowocowało wojnami, nagłym wzrostem społeczeństw gardzących kobietami i wielkim brakiem szacunku dla "Matki Ziemi".
W powieści Browna przewrotna organizacja Opus Dei stara się nie dopuścić, by bohaterowie odsłonili światu owe liczne "religijne tajemnice", m.in. że Jezus nie był Bogiem i miał z Marią Magdaleną dzieci itd. W ten sposób książka nie tylko zaprzecza Jego Boskości, ale też przypisuje Mu uczynki, niegodne Jego świętości, czemu brak historycznych podstaw. Jest to jednak największe uderzenie w wiarę chrześcijańską w tej książce, błędne zarówno z punktu widzenia założeń religioznawczych, jak i teologicznych.
Podstawy założeń religioznawczych podważa sam prof. Mikołejko, odsłaniając fakt, że Brown "swoją wizję Jezusa wsparł na popularnych w latach 80-ch pozycjach - 'Święty Graal, święta krew' i 'The Woman with the Alabaster Jar' ('Kobieta z alabastrowym flakonem'). Chodzi o tradycję tak zwanych zwojów gnostyckich z Nag Hammadi nad Nilem, odnalezionych przypadkowo przez egipskiego wieśniaka w 1945 roku. Widzi przy tym ich związek z rękopisami z Qumran w Izraelu, które odkrył 3 lata później pewien beduiński pasterz. Na dodatek twierdzi, że teksty owe stara się zniszczyć, a przynajmniej utajnić Kościół rzymski. Nic błędniejszego. Jeśli ktoś niszczył rękopisy z Nag Hammadi, to tym kimś była matka znalazcy, która użyła części cennego znaleziska do podpałki. Zwoje z Nag Hammadi są stopniowo, krok po kroku, rozwijane i odczytywane, publikowane - także w katolickich wydawnictwach. Nie istnieje żaden 'watykański spisek' w tej kwestii" (tamże). Wynika z tego, że nie są one "rękopisami, które mogłyby wspierać obraz Jezusa historycznego - cielesnego, żyjącego w małżeństwie z Marią Magdaleną i mającego z nią potomstwo. Teksty te nie są też aż tak dawne, by mogły być bezpośrednim świadectwem z czasów Jezusa" (tamże). Według Mikołejki, Brown "nie powinien też powoływać się na przekaz rękopiśmienny z Qumran. To bowiem dziedzictwo żydowskiej sekty esseńczyków, istniejącej jeszcze przed Jezusem (zaginęli po śmierci Jezusa, podczas wojny żydowskiej z Rzymem w 70 roku naszej ery). Tyle tylko, że znajdują się w owych esseńskich rękopisach pewne idee Jezusowi. Większość owych zwojów została spisana w języku koptyjskim (w dwóch jego odmianach, saidzkiej i dworskiej) dopiero w II i III wieku naszej ery przez chrześcijańskich gnostyków z kilku sekt. Nie były to wcale nurty chrześcijaństwa, jak chce Brown, 'ludowe'. Przeciwnie, gnostycyzm to odmiana chrystianizmu bardzo elitarna, wymagająca osobliwego wtajemniczenia, sekretnej inicjacji" (tamże). Z tezami książki Browna polemizował też prof. B.D. Ehrman, religioznawca z University of North Carolina (USA), stwierdzając, iż:
1. Teksty z Nag Hammadi nie zawierają historii Graala; nie znajdziemy w nich też wzmianek o ludzkich zachowaniach Jezusa; wręcz przeciwnie. 2. "Żydowskie obyczaje" wcale nie piętnowały "nieżonatych Żydów". W rzeczywistości większość wspólnoty znad Morza Martwego stanowili nieżonaci mężczyźni zachowujący celibat.
3. Zwoje znad Morza Martwego nie są jedynymi spośród "najwcześniejszych pism chrześcijańskich". To księgi żydowskie (por. D. Burstein, "Tajemnice Kodu", Warszawa, 2004).

Ważne wnioski - ku przestrodze
1. Od strony światopoglądu mamy w powieści Dana Browna do czynienia w propagowaniem kodów ideologii i tradycji gnostyckiej, która jako tradycja inicjacyjna i duchowa była zawsze największym zagrożeniem dla Kościoła - od początku aż do dziś (począwszy od manicheizmu, poprzez masonerię, do New Age). Autor popiera też optymistycznie i przedefiniowuje - często w kluczu gnozy - symbolikę satanistyczną, wyrażaną w znakach pentagramu, bafometa czy tarota, podważając przy tym demonologię chrześcijańską, przez co osłabia czujność duchową i intelektualną, konieczną w obliczu zagrożeń popularyzowanego dziś satanizmu.
2. Od strony nauki "Kod Leonarda da Vinci" (podobnie jak rozpowszechniany także w Polsce "Kod Biblii" w wersji M. Drosnina) to historyczna, religioznawcza i teologiczna forma pseudonauki (wbrew deklaracjom autora), a więc czegoś, co zachowuje pozory nauki, ale przy bliższym zbadaniu okazuje się, że nie opiera się na żadnych naukowych podstawach. Potwierdza ten fakt Amy Welborn - w godnej polecenia książce, w której odpiera większość fałszywych tez zawartych w książce Browna - gdzie "wymyślony szczegół i fałszywa historyczna teza, są zaprezentowane jako fakty i owoc poważnych badań historycznych, choć nimi nie są" (A. Welborn, "Zrozumieć Kod da Vinci. Co ukrył w swojej książce Dan Brown?", Polwen, Radom 2004). Dlatego powieść Browna nie służy ważnej w kulturze informacji, lecz niebezpiecznej - dla samej tylko kultury - dezinformacji.
3. Od strony literatury mamy do czynienia z dziełem miernym, gdyż skrajnie "monofonicznym", gdzie "obrazowanie" służy jednoznacznej ilustracji światopoglądowych tez (znanych z literatury New Age), jak np. "Biblia nie pochodzi od Boga", "W chrześcijaństwie nie ma nic autentycznego", "Każda religia jest wymyślona", "Znak krzyża dotyczy tortur", czy - w książce "Anioły i demony": "czysta energia jest ojcem stworzenia". Fikcja literacka służy kodowaniu tych ideologicznych tez oraz wielu innych nieprawdziwych twierdzeń.
4. Z duchowo-moralnego punktu widzenia dotykamy tu bluźnierstwa czy profanacji największych świętości chrześcijaństwa (nie tylko rzymskiego katolicyzmu!): przede wszystkim osoby samego Jezusa Chrystusa, Jedynego Boga, Pana i Zbawiciela. Ten ostatni, duchowy aspekt jest niestety rzadko podkreślany w licznych - krytycznych zresztą - opiniach o powieści Browna, publikowanych już na łamach czołowych polskich gazet i czasopism.
W świetle powyższego dobre przyjęcie takiej książki przez czytelników na całym świecie jest znaczącym wyzwaniem i - jak słusznie twierdzi Amy Welborn - "fakt ten świadczy o jakiejś porażce wszystkich Kościołów chrześcijańskich", które nie potrafiły "przekazać swoim wiernym elementarnej wiedzy z zakresu historii chrześcijaństwa i chrześcijańskiej teologii. Łatwowierność, z jaką czytelnicy przyjęli twierdzenie Browna, iż pierwsi chrześcijanie nie uważali Jezusa za Boga, oraz że ostateczny kształt chrześcijaństwa jest rezultatem prymitywnych walk o władzę, powinna obudzić z letargu wszystkich zaangażowanych w pracę apostolską" (tamże). Dla tysięcy ludzi (zwłaszcza młodych) wspomniane powieści Browna (zapowiedziane są już następne) będą pierwszym, a może nawet jedynym kontaktem z teologią i historią Kościoła. Nie można było więc nie odpowiadać na błędy, kłamstwa i oszczerstwa ze strony neopogaństwa czy ideologów New Age, nie broniąc tego, co pierwsi chrześcijanie i nasi ojcowie wypracowali swoją wiernością i niezachwianą wiarą w Bóstwo Jezusa Chrystusa oraz wiarą w zbawczą misję założonego przez Niego, świętego Kościoła.
ks. Aleksander Posacki SJ

Anioły i demony oraz Kod Leonardo da Vinci c.d.